Joseph Biden w ujęciu swoich zwolenników i wspierających go mediów ma oznaczać wielką zmianę w polityce zagranicznej USA, przywrócenie temu państwu jego roli jako globalnego lidera. Szczególnie jako obrońcy demokracji. To zapowiedź zmiany polityki wobec Rosji, walki z populistami i dyktatorami, wspieranie ruchów demokratycznych i sojuszników USA, odbudowa przymierza Zachodniego świata. Po Donaldzie Trumpie – prezydencie przedkładającym interesy ponad zasady ma na fotel w Białym Domu wrócić człowiek o twardym kręgosłupie. Wszystkie te zapowiedzi mają jednak swoje drugie dno lub określony kontekst, który może wiele zmienić.

Łazarz Grajczyński

Dziennikarz, publicysta

GENERALNIE DA SIĘ OKREŚLIĆ POLITYKĘ ZAGRANICZNĄ BIDENA SPROWADZAJĄC JĄ DO TRZECH PUNKTÓW:

1. Wsparcia dla NATO i sojuszu krajów Zachodnich, liderowanie temu sojuszowi, lecz w sposób partnerski.
2. Zmiana polityki wobec Rosji i Chin.
3. Wspieranie globalnie demokracji i ruchów liberalnych.

Jak polityka ta będzie realizowana dowiemy się dopiero w niedalekiej przyszłości, już dziś jednak możemy starać się określić jej wpływ na kraje Europy Środkowo-Wschodniej.

1.

Pierwszy punkt nie może budzić zastrzeżeń. Wprawdzie Donald Trump wysuwający żądania większego zaangażowania się krajów Europy w ich własną obronność był kontynuatorem polityki Obamy (szczególnie po 2014 r.), to relacje między Waszyngtonem a, szczególnie, zachodnią Europą nie układały się dobrze. A ostatnie dwa lata można wręcz określić jako zamrożenie stosunków.

Europa wypatruje silnego i aktywnego lidera. Jednocześnie… się go obawia. Stąd oczekuje się, że amerykański prezydent będzie postępował taktownie i używał swojej siły łagodnie, nie wywołując specjalnych napięć. Joseph Biden będzie do tej roli nadawał się o wiele lepiej niż Donald Trump, zbyt szorstki jak na europejski savoir vivre. Jako stosunkowo centrowy może mieć dobre relacje z politykami głównego nurtu europejskiej polityki.

PRZECZYTAJ:

Dominik Szczęsny-Kostanecki: Wygrana Bidena – gorący komentarz

Jeśli Biden okaże się sprawnym dyplomatą, może to przyczynić się do zaaktywizowania wielu NATO-wskich projektów. Demokrata w Białym Domu może też chętniej doceniać rolę Sojuszu, niż czynił to prezydent Trump, który podchodził do niego z pewną podejrzliwością. Może za tym iść aktywniejsze zaangażowanie w europejskie bezpieczeństwo i partnerstwo transatlantyckie.

Choć w cale nie musi. Zależy to na ile administracja Bidena będzie de facto powtórzeniem z administracji Obamy i jej globalnej strategii. Ten ostatni wyraźnie wycofał się z Europy, do której Amerykanie powrócili przymuszeni sytuacją na Ukrainie i Bliskim Wschodzie. Biden może nominalnie wyrażać poparcie dla Zachodniego sojuszu, lecz realnie kierować swoją uwagę gdzie indziej. Ponownie w tym kontekście pojawia się sprawa Chin. Biden był krytykiem wojny handlowej z Pekinem, lecz Demokraci nie będą zmieniać tutaj zasadniczo anty-chińskiego kursu.

PRZECZYTAJ:

Joe Biden będzie sprzeciwiał się Nord Stream 2 i utrzyma amerykańskie zobowiązania wobec NATO

Prezydent-demokrata może mieć dobre relacje z centrolewicowymi rządami w Seulu i Tajpej, i to Daleki Wschód ponownie stanie w centrum uwagi USA. Krytyka polityki zagranicznej Trumpa, obok zarzutów o nieprzewidywalność i nieprzejrzystość, wyrzucała mu, że była to polityka nadaktywna, przez co nie osiągała często realnych efektów. Biden może wybrać strategię wyboru jednego odcinka „frontu”. I w tym przypadku nie będzie to front europejski.

Zresztą oczekiwanie z jakimi można się dziś spotkać co do nowej administracji w Waszyngtonie są duże, wręcz… nierealne. Biden miałby odbudować sojusz transatlantycki, wzmocnić flankę wschodnią NATO (nowe jednostki w Polsce?), pomóc rozwiązać wieloletnie konflikty jak ten w Kosowie, powstrzyma wzrost wpływów Pekinu i Moskwy itp.

PRZECZYTAJ:

Bild: Niemcy liczą na odwilż w stosunkach z nową administracją Białego Domu, ale Biden może całkowicie zamrozić proces budowy Nord Stream 2

Wsparcie dla projektów bezpieczeństwa w Europie, oczywiście takich jak NATO ale też tych realizowanych czy projektowanych w ramach Unii Europejskiej może też być metodą nacisku na średnie i mniejsze państwa o porzucenie swych ambicji, które służą tylko „rozbiciu” jedności. To kolejny problem, to pytanie o format sojuszu transatlantyckiego.

Od 2014 r. budowana jest forma Sojuszu jako obronnego i powstrzymującego, lecz należy pamiętać, że takie widzenie NATO spotyka się także z wewnętrzną krytyką. W kręgach zachodniej lewicy jako „prowokujące” Rosję. W Paryżu i w Rzymie z kolei oczekuje się większej aktywności na flance południowej – Morze Śródziemne i szczególnie północna Afryka (2011 r .: interwencja w Libii). Europa Środkowo-Wschodnia jest dziś bardzo ważnym polem zmagania się między Rosją a Zachodem (i coraz wyraźniej Chinami), lecz zależnie jaka będzie nowa formuła Sojuszu, interesu tego regionu mogą być zwyczajnie zignorowane na rzecz innych.

2.

Reset z Rosją. Nawet jeśli traktować oskarżenie Donalda Trumpa o sympatyzowanie z Rosją jako świadomie przesadzone czy wręcz kłamliwe (przeczy im jego polityka względem Polski, Ukrainy czy Syrii), to przyznać trzeba, że 45 prezydent USA był gotowy, w określonych sytuacjach, na „deal” z Moskwą. Joseph Biden zapowiada tu radykalną zmianę. Jak podają amerykańskie media jego stosunek do Rosji ma być odpowiednikiem stosunku jaki do tego kraju miał Ronald Reagan. Ma być to polityka nastawiona na konfrontację. Ograniczanie, osłabianie wpływów Kremla.

PRZECZYTAJ:

Joe Biden będzie bardzo twardy wobec Rosji – prof. James Thurber

Jednak co zapowiedzi te niosą, nie można być do końca pewnym. Po 2008 r. Barack Obama zapowiadał swój reset w relacjach z Kremlem, co skończyło się pobłażaniem polityce rosyjskiej ekspansji i próbą wciągnięcia Rosji do globalnej polityki jako jednego z „partnerów”. Moskwa miała jednak zupełnie inne plany. Natomiast reset Bidena ma mieć wyraźnie antyrosyjskie ostrze. Zapowiadałoby to niejako z konieczności politykę wsparcia dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Nowa administracja powinna tym samym przychylnie patrzeć na bazy wojskowe USA w Polsce i w innych krajach regionu, na wsparcie dla budowania niezależności ekonomicznej i energetycznej oraz projektów integracyjnych (jak Trójmorze). Postępowanie Bidena może też być determinowane przez specyficzną traumę, wynikającą z porażki polityki USA w czasach, gdy był on jeszcze wiceprezydentem. To czasy prezydentury Medwiediewa, budzącej w kręgach Demokratów nadzieję na ocieplenie stosunków między oboma krajami. Popełnione wtedy błędy w polityce Obamy spowodowały, że Zachód był nieprzygotowany na konfrontacje z Kremlem.

Plany wzrostu współpracy militarnej Polski i USA z czasów prezydenta Busha zostały wtedy zastopowane przez Obamę, lecz jeszcze za rządów tego samego prezydenta nastąpiła tu radykalna zmiana. Wsparcie dla demokratyzacji Białorusi, silnej Ukrainy i Gruzji, także powinny się znaleźć w agencie nowego prezydenta. Jednakże część wypowiedzi Josepha Bidena może budzić wątpliwości, jego retoryka jest jednoznaczna, lecz zapowiadane posunięcie jej zwyczajnie przeczą. To m.in. cięcia w budżecie wojskowym czy ograniczenie w wydobyciu gazu łupkowego. Może to skończyć się wycofaniem się z niektórych decyzji ery Trumpa. Co więcej antyrosyjską retorykę Bidena należy rozumieć głównie w kontekście amerykańskiej polityki wewnętrznej.

PRZECZYTAJ:

Biden o Putinie: „Jeśli zostanę prezydentem USA, dni jego tyranii dobiegną końca”

Rządzi nią prosta logika: skoro Trump jest „pro-rosyjski”, to kandydat Demokratów przyjął za swój honor atakowanie Kremla, głównie za mieszanie się do spraw USA czy np. współpracę z Talibami, czego efektem miała być śmierć wielu amerykańskich żołnierzy. Sami Demokracji mają jednak długa tradycję współpracy z Rosjanami, także z tymi blisko powiązanymi z Kremlem. Pamiętać też trzeba, że taka „neokonserwatywna” postawa jaką obecnie prezentuje Biden, może spotkać się z krytyką po lewej jak i po prawej stronie. Polityka interwencji militarnych jest dziś bardzo niepopularna w amerykańskim społeczeństwie.

Nawet Trump spotykał się z krytyką konserwatystów za pozostawienie oddziałów amerykańskich w Syrii czy w Afganistanie. Przy prezydencie Bidenie konserwatywna opinia publiczna może, na zasadzie kontry, przejść całkowicie na pozycje izolacjonistyczne. Co niestety nie zapowiada nic dobrego, gdyż nawet jeśli Demokraci dalej w swej większości będą popierać aktywną politykę zagraniczną USA, konserwatywna opozycja będzie oznaczać, że wspieranie demokratycznych sojuszników przestanie być elementem amerykańskiego konsensusu politycznego.

PRZECZYTAJ:

Kreml drży przed kształtem administracji Bidena. „Kandydatury nie wróżą Rosji nic dobrego”

Biden wspiera na poziomie deklaracji ruchy demokratyczne na Białorusi, a jeden z ważnych polityków Demokratycznych, Chris Murphy, uchodzi za adwokata pomocy dla Ukrainy w amerykańskim Kongresie. Lecz nie da się zignorować, że na razie w retoryce Bidena brakuje tak jednoznacznego wsparcia dla projektów budujących silną i niezależną Europę Środkowo-Wschodnią. Co znaczy, że w jego antyrosyjskiej narracji są poważne luki.

Biden mający być przecież „przywódcą” Zachodniego świata, nie może być tym samym kimś, kto wyłącznie spiera się z Moskwą. Oczekiwania w stolicach zachodniej Europy będą taki, aby sprzeczności interesów między Zachodem a Moskwą były rozwiązane na drodze dyplomatycznej. Administracja Bidena będzie więc musiała balansować między potrzebą kontr-działania, wsparciem dla sojuszników, a rozwiązaniami politycznymi.

Gdyby jednak Bidenem chciał zmienić radykalnie optykę, np. na nowe „otwarcie”, to spora liczna Demokratów i Republikanów w Kongresie (tych solidarnie występujących przeciw ekspansji Rosji) będzie takie próby blokować.

3.

Trzeci element to jednoznaczny demokratyzm Bidena. Nowy prezydent USA reprezentuje dziś główny nurt myślenia liberalno-demokratycznego (tak w europejskim jak i amerykańskim sensie). Co oznacza wsparcie dla państw demokratycznych oraz ruchów politycznych, przyczyniających się do budowy takowych.

Jest to jednak, czego nie da się ukryć, myślenie mocno uwikłane w obecny na Zachodzie spór aksjologiczny i kulturowy, i to jednoznacznie po jednej stronie tego sporu. Dla Demokratów USA w swojej polityce zagranicznej ma kierować się określonym kodem moralnym: wsparciem dla demokracji, praw człowieka, praworządności, lecz dziś także coraz bardziej sprawiedliwości społecznej.

PRZECZYTAJ:

Izba Reprezentantów Stanów Zjednoczonych przyjęła rezolucję wspierającą Inicjatywę Trójmorza

Od lat w ośrodkach medialnych i analitycznych tego nurtu z jednoznaczną krytyką spotykają się niedemokratyczne reżimy takie jak rządy Putina czy Łukaszenki. Lecz definicja niedemokratyczności potrafi być dość arbitralnie zmieniana. Nazwanie przez Josepha Bidena (podczas debaty przedwyborczej z Trumpem) Polski czy Węgier państwami „totalitarnymi”, w tym kontekście nie było ani przypadkowe, ani omyłkowe.

Wypychanie tzw. nieliberalnych demokracji czy rządów „populistycznych” z kręgu rodziny krajów demokratycznych to ważny element obecnego liberalnego dyskursu. Wskazywał na to premier Orban, obawiający się czegoś co określił jako „moralny imperializm”.

Znowu jednak pojawia się tutaj retoryczna pułapka. Donald Trump był politykiem stosowania klasycznej dla polityki USA zasady kija i marchewki. Widać to choćby w relacji z Koreą Północną, gdzie obok twardych słów szła gotowość do negocjacji. Biden oskarża Trumpa o miękkość w stosunku do niedemokratycznych reżimów. Problemem jest jednak jak nowa administracja zdefiniuje „demokratyczność”.

Pytanie zasadnicze na ile ta retoryka może realnie zdeterminować relacje Waszyngtonu z Polską i innymi krajami regionu? Legitymizacja Josepha Bidena opierać się może na jego „demokratycznej” polityce, dlatego też należy spodziewać się pewnego ochłodzenia stosunków, lecz Biden będzie też w dużej mierze kontynuatorem polityki prezydenta Obamy, która zapoczątkowała nową politykę powstrzymywanie Kremla. Której jak się rzekło nie da się realizować bez krajów naszego regionu.

Łazarz Grajczyński

ZOBACZ TAKŻE:

Wyniki wyborów w USA rozstrzygnięte we wszystkich stanach. Zwycięzcą został Joe Biden, otrzymał 306 głosów elektorskich