Wasilij Maksimow, rosyjski opozycjonista, który śledzi polskie media społecznościowe, w swoim wpisie w serwisie X nie kryje zdumienia:

„Skala aktywności rosyjskich botów w polskim internecie jest uderzająca. Ostra antyukraińska propaganda wprost z Kremla. A mimo że Putin nienawidzi Polski niemal bardziej niż Ukrainy, wielu Polaków bezrefleksyjnie kupuje tę narrację”.

To ostrzeżenie z zewnątrz powinno nami wstrząsnąć. Pytanie tylko — czy naprawdę wstrząsa?

Polacy wciąż lekceważą rosyjską wojnę informacyjno-psychologiczną. A to błąd, który może kosztować nas bardzo wiele. Kremlowskie narracje coraz śmielej przenikają do debaty publicznej, na ulice, do mediów i przestrzeni społecznej. Często podszywają się pod „prawicowy patriotyzm”, udając głos rozsądku — podczas gdy w rzeczywistości są bronią wymierzoną w samo serce polskiego bezpieczeństwa.

Bo nic nie służy Moskwie bardziej niż poróżnienie Polaków i Ukraińców — dwóch najważniejszych sojuszników w walce z rosyjskim imperializmem.

W pierwszej fazie wojny hybrydowej Putin nie potrzebuje czołgów pod Warszawą. Wystarczą boty, fake newsy i „pożyteczni idioci” w polskim Internecie. I niestety — Polska zbyt często pozwala im działać bezkarnie.

To nie jest czas na naiwność. To czas na opamiętanie.

Rosyjska wojna informacyjna już trwa — i to na naszym terytorium. Każdy, kto ją ignoruje, działa na własną zgubę.

Bo zawsze tam, gdzie najpierw pojawia się rosyjska propaganda, później nadciągają rosyjskie czołgi.
Nie możemy znów popełnić tego samego błędu.

PRZECZYTAJ:

Czyim głosem mówi Braun? Antyukraińska histeria służy interesom Kremla!

KOMENTARZ REDAKTORA NACZELNEGO: POLSKA W CIENIU ROSYJSKIEJ WOJNY INFORMACYJNEJ. MILCZENIE BĘDZIE NAS DROGO KOSZTOWAĆ

Z rosnącym niepokojem obserwuję zjawisko, które może przesądzić o przyszłości Polski. W cieniu wojen rakietowych i frontowych toczy się inna wojna – informacyjna, psychologiczna, prowadzona w sercach i umysłach Polaków. I to właśnie ta wojna dziś rozgrywa się na naszych oczach – przy niemal zupełnym braku reakcji instytucji państwa i elit politycznych.

Na tym etapie szczególnie groźne staje się podsycanie antyukraińskiej histerii, której głównym rzecznikiem stał się Grzegorz Braun i jego środowisko. W warunkach słabnącej jedności euroatlantyckiej, osłabianej przez powrót Donalda Trumpa do władzy, a także przez bierność wobec antyukraińskiej i prorosyjskiej propagandy, w Polsce osiągnęliśmy niebezpieczny punkt krytyczny.

Nie chodzi już o pojedyncze incydenty. Prorosyjskie narracje realnie wpływają na wyniki wyborów. Ich reprezentanci zdobywają blisko 1/4 głosów. A gdy tylko dostrzegli swoją polityczną siłę, zaczęli stawiać warunki, które mogą radykalnie zmienić kurs polskiej polityki zagranicznej – osłabiając nasze relacje z Ukrainą i Zachodem. To nie tylko kwestia wstydu. To kwestia przetrwania.

Politycy i komentatorzy, którzy dziś bezkarnie zatruwają debatę publiczną nienawiścią do Ukraińców, działają – świadomie lub nie – na korzyść Kremla. Ich przekaz to nie „patriotyzm” ani „wolność słowa”. To część rosyjskiej wojny hybrydowej. Brak wystarczającej czujności wobec rosyjskiej dezinformacji sprawił, że narracje Kremla zaczęły zyskiwać przyczółki w polskiej debacie publicznej, z łatwością przenikając do parlamentu, mediów i życia społecznego.

Nie mówimy już o różnicy zdań. Mówimy o strategicznym zagrożeniu dla przyszłości Rzeczypospolitej. Brak odporności społecznej na rosyjską propagandę może doprowadzić nas do powtórki z historii Ukrainy – kraju, który przed 2014 rokiem również bagatelizował wpływy Kremla. Dopiero wojna uświadomiła skalę zagrożenia. Ale było już za późno.

W Polsce jesteśmy dziś dokładnie w tym samym miejscu. Rosja prowadzi wobec nas operacje sabotażowe, wywiadowcze, dezinformacyjne i psychologiczne. Zgodnie z doktryną Gierasimowa, komponent informacyjno-psychologiczny stanowi 80% współczesnej wojny. Oznacza to, że wojna już trwa – choć toczy się pod powierzchnią, pozornie w czasie pokoju.

Nie łudźmy się: tam, gdzie najpierw przychodzi rosyjska propaganda, potem wchodzą rosyjskie czołgi.

Musimy wyciągnąć wnioski – i to natychmiast. Bo dzisiejsze milczenie może mieć tragiczne konsekwencje jutro. Jeśli chcemy uniknąć losu Ukrainy z 2014 roku, musimy działać już teraz – zanim będzie za późno.

Włodzimierz Iszczuk

Redaktor naczelny portalu Jagiellonia.org i czasopisma „Głos Polonii”