Od trzech miesięcy pracuję na Ukrainie, w Szkole Wiedzy o Polsce przy Związku Szlachty Polskiej w Żytomierzu. Jako nauczyciel skierowany do pracy dydaktycznej przez Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą uczę języka polskiego ponad setkę dzieci, młodzieży i dorosłych. Prowadzę zabawy z językiem polskim oraz naukę czytania i pisania, a także doskonalenia umiejętności językowych. W znacznym stopniu pomaga mi w tych działaniach moje doświadczenie z zakresu terapii przez tworzenie.

Teresa Cwalina

Przekonanie, że tylko technika kolażu zdolna wyrazić to, co w tej edukacyjnej przygodzie ukraińskiej istotne, na poziomie formy oczywiste, ale dobrze służy też do opowiedzenia rzeczywistości nie tylko szkolnej, pozwala mi na wysłanie komunikatu o „widzeniu kolażem”.

*       *        *

Pierwszy raz byłam w Żytomierzu w 2007 roku. Zatrzymałam się tu na krótko, w drodze do Kijowa. Chciałam zobaczyć miasto, w którym przyszła założycielka Lasek – Róża Czacka spędziła podczas I wojny światowej 3 lata i gdzie złożyła śluby zakonne, i zdecydowała o powołaniu żeńskiego zgromadzenia, które podejmie się służby osobom niewidomym.

Przez Berdyczów z największym sanktuarium maryjnym na Ukrainie, którym i dzisiaj opiekują się karmelici, a pątnicy modlą się przed kopią słynącego cudami od XVII wieku obrazu Matki Bożej z Dzieciątkiem — Ozdoby Ukrainy, Wołynia i Podola, jechałam do Żytomierza. Mijałam pielgrzymujących w odświętnych strojach ludzi; całe rodziny zdążające tradycyjnie poboczem dróg w kierunku cmentarzy, ale już z wianuszkami i wiązankami modnych sztucznych kwiatów, z torbami i wielkimi, czarnymi reklamówkami „Boss”, wypełnionymi jadłem. W Niedzielę Przewodnią wszyscy bowiem odwiedzają swoich zmarłych, modlą się przy grobach, a potem — zgodnie z tradycją — zasiadają przy mogile, biesiadować, wspominać. Te obrazy przesuwające się za oknami samochodu przypominały mi listopadowe wędrowanie w Polsce i sam obrzęd dziadów.

Przed podróżą obejrzałam stare mapy i zdjęcia Żytomierza; poznałam też najnowszy plan miasta, a jednak przekraczając rogatki, poczułam się zagubiona z tą swoją wiedzą, a może bardziej z wyobrażeniem Żytomierza. Miasto w niczym nie przypominało znanych mi XIX – wiecznych opisów. Może tylko dało się odczuć i dzisiejszą jego wielkość, wpisaną w urbanistyczne rozwiązania z epoki — na szczęście — minionej. Mijałam jakieś gmachy ważnych instytucji, bo Żytomierz jest jednym z obwodowych miast Ukrainy i brzydkie, sypiące się już, dzielnice bloków mieszkalnych — znamię nowoczesności lat ostatnich. Ale widziałam też małe domki z niebieskimi okiennicami i wokół nich ogródki, ulice bardziej przypominające wiejskie trakty. Przejechałam główną arterią miasta — ulicą Kijowską i znalazłam się w samym centrum — na Majdanie Sobornym. Udało mi się też w końcu dostrzec — bo skrzętnie starano się go ukryć, zabudowując cały fronton świątyni — pobernardyjski kościół św. Jana z Dukli (tzw. Seminaryjny) z pierwszej połowy XIX wieku, zamieniony przez sowietów na dom kultury, później muzeum geologiczne; w końcu całkowicie zdewastowany został oddany wiernym w 1990 roku. Okazały budynek mieszkalny nie tylko przesłania kościół — jak to potem zobaczyłam — ale na tyle utrudniał dostęp wiernym, że trzeba było „odwrócić” kościół i ołtarz główny znalazł się w miejscu dotychczasowego wejścia, a wejście główne w miejscu dawnego ołtarza. Przy nowym wejściu dobudowano jeszcze wieżę dzwonniczą. Zatrzymałam się przed klasycystyczną katedrą rzymsko – katolicką św. Zofii, wzniesioną w latach 40. XVIII wieku w miejscu dawnej trzynastowiecznej świątyni; obok katedry stał neobarokowy pałac biskupi z II połowy XIX wieku. Dzisiaj w pałacu mieściło się Muzeum Krajoznawcze z kolekcją malarstwa europejskiego, pochodzącą głównie ze zniszczonych siedzib magnackich. Wiadomo, że Wołyń do rewolucji słynął z rezydencji magnackich, świetnie łączących okazałą architekturę z pieczołowicie od pokoleń gromadzonymi ziemiańskimi archiwami i bibliotekami; obecnie większość z nich to ruina i jedynie wspomnienie. Przed odjazdem wstąpiłam jeszcze do kościoła seminaryjnego, gdzie zastałam wiernych, modlących się w języku ukraińskim i po polsku.

Nie wiedziałam, że wrócę do Żytomierza po latach i na drzwiach kościoła będzie marmurowa tablica z informacją: w tym miejscu Róża Czacka odkryła swoje powołanie w Kościele; że w jednej z katechetycznych sal jej duchowe córki – siostry z Lasek prowadzą małą bibliotekę książek religijnych.

Dopiero teraz, jesienią 2018 roku, odczytuję w Żytomierzu przywrócone sprzed bolszewickiej epoki nazwy ulic. Oglądam w końcu poszukiwane przed laty dawne gubernialne miasto, stojące na wysokiej górze, u którego stóp płynie wąskim korytem Teterew; miasto z pozostałościami starej niskiej zabudowy, przecięte kiedyś trzema głównymi ulicami: Berdyczowską, w stronę Berdyczowa, Kijowską w stronę Kijowa i Cmentarną; przechadzam się paradną ulicą Michajłowską i widzę nie tylko nowe osiedla i wiele odremontowanych domów, ale także opuszczone, „bez gospodarza” budynki i hale fabryczne. Jeszcze przypominam żytomierskie adresy Róży Czackiej: hotel sąsiadujący z kościołem seminaryjnym, dom zgromadzenia sióstr sercanek na Cmentarnej, wynajęte mieszkanie na Teatralnej i na warsztatach językowych piszę „po niewidomemu”, w języku polskim i ukraińskim, używając kasztanów jako brajlowskich punktów. Te uliczne zabawy z pismem punktowym mają za zadanie przybliżyć jej postać żytomierzanom, m. in. jako twórczyni polskiego brajla.

Przede wszystkim jednak poznaję polski Żytomierz. Co krok słyszę: „moja babcia, mój dziadek byli Polakami”. Chodzę na cmentarz katolicki, założony w 1799 roku, nazywany i dzisiaj przez wszystkich Polskim Cmentarzem, choć – należy pamiętać – Żytomierz został oderwany od Polski w drugim rozbiorze. Na nagrobnych tablicach odczytuję nazwiska Działyńskich, Potockich, Tyszkiewiczów, Olizarów, Wąsowiczów czy Woroniczów. Jest tu ponad 2 tysiące grobów z napisami w języku polskim, zakazanym jakby od zawsze – najpierw przez carskich czynowników, później przez władze sowieckie, Poznaję też świadectwa z lat 30. ubiegłego wieku, kiedy to na podstawie oskarżenia „za polskie szpiegostwo i kontrrewolucję” represjonowano tysiące Polaków – wielu rozstrzelano, innych wywieziono do Kazachstanu. Stara nekropolia odzwierciedla historię całego miasta i jego mieszkańców, a opowieści z czasów stalinowskich ją dopowiadają.

Jestem w Żytomierzu – mieście naznaczonym nie tylko piętnem wielowiekowej historii, ale też będącym jednym z ośrodków odradzającego się życia społecznego, kulturalnego i religijnego Polaków na Ukrainie; gdzie działają różne polskie stowarzyszenia i zauważalny jest stały wzrost zainteresowania u dzieci i młodzieży nauką historii i języka polskiego.

Moi uczniowie są obywatelami Ukrainy, mającymi polskie korzenie; żyją na ziemiach swoich przodków, ale żyją w duchowym spustoszeniu i potrzeba wielu działań budzących ich samoświadomość narodową.

Szkoła Wiedzy o Polsce mieści się w budynku szkoły ukraińskiej, gdzie uczy się fakultatywnie języka polskiego jako drugiego. Zajęcia prowadzę po zakończeniu lekcji szkolnych. O tym naturalnym przenikaniu się światów należy pamiętać, gdy chce się wesprzeć działania miejscowej polskiej organizacji czy stowarzyszenia.

Kiedy świętowaliśmy 100. rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę, w szkole przed południem uczniowie obchodzili uroczyście, przypadający właśnie, Dzień Mowy Ukraińskiej i odbył się konkurs wyszywanek. Zgodnie z tutejszym zwyczajem wszyscy byli w uroczystych strojach – każdy w ozdobionej wyszytym wzorem koszuli. I tak ubrani, by podkreślić wagę niepodległościowego święta, stawili się także moi uczniowie na akademii; dopięcie kotylionu biało-czerwonego pozwoliło teraz stanąć godnie do odśpiewania polskiego hymnu; a wystawa „Drogi do Niepodległości” wpisała się w przestrzeń wypełnioną miejscowym rękodziełem.

Już wcześniej, cmentarną lekcją polskiego rozpoczęły się nasze obchody niepodległościowego święta. Wszyscy uczniowie słyszeli o Polskim Cmentarzu, ale wielu z nich po raz pierwszy nawiedziło go i oddało hołd zmarłym spoczywającym na tej nekropolii, ale też w ten sposób wyraziło pamięć o swoich pradziadach, których losy i miejsce pochówku nie zawsze są znane. Przyglądali się nagrobnym pomnikom, czytali wyryte na nich napisy. Po grupowym złożeniu kwiatów i zapaleniu znicza, rozeszli się po cmentarzu, by wybrać jeden z grobów, samodzielnie go udekorować polską chorągiewką, zapalić lampkę i tak dać wyraz swojej pamięci o zmarłym.

Potem żytomierska gala konkursu „Niepodległość i Pamięć” zebrała przy wspólnym stole uczniów i ich rodziny. Wcześniej przeczytałam 72 prace z Kijowa, Nowogrodu Wołyńskiego, Korostyszewa i Żytomierza. Wszystkie one zasługiwały na uwagę – przedstawiały historię polskich rodzin, zamieszkujących te ziemie od wieków. Opowieściom towarzyszyły fotografie, mapy, odtworzone w postaci drzewa genealogicznego rodowody, m. in. rodzin szlacheckich. Prace żytomierskie powstawały na naszych szkolnych zajęciach. Miały swój początek w językowych ćwiczeniach w przedstawianiu się i opowiedzeniu o rodzinie, w prezentacji fotografii i kreśleniu rodowego drzewa. Całe domy włączone były w odrabianie szkolnych zadań.

Teraz nadszedł czas opowieści, by przypomnieć zapomniane i ocalić dla przyszłości. Przytoczę fragmenty zapisu biesiady niepodległościowej. Jej uczestnicy trzymali w rękach zeszyty konkursowe, przypominające często swoim rozmiarem grube książki, bo tak wiele w nich było tych cudem ocalonych dokumentów.

Pan Włodzimierz, ojciec Marysi i Juliany rozpoczął rozmowę: „Kiedy byłem mały, moja babcia Halina – Maria Gołębiowska (matka mojej matki – Alicji Drewieckiej) oprócz polskich modlitw: „Ojcze nasz” i „Święta Mario” opowiadała mi też wierszyki i zagadki po polsku. Z tych opowiadań zapamiętałem tylko takie proste: Ma na sobie dwa różki, ani żadnej nóżki, domek na sobie nosi, tylko o spokój prosi. Kto to? Ślimak”.

Pani Alina, mama Jegora, zaraz potem dodała: „A ja pamiętam wierszyk: Stoi tu koza u woza,/ Zjada kapustę z woza./ A Morus goni zająca z pola./ I za co? Za listek kapusty./ Smutna jest dola zająca”.

Jej syn mówił dalej: „Ktoś wspominał, że jego ojcu dziadek nie mówił wierszy, ale opowiadał raczej o historii, o polskości, o rodzinie, o wysiedleniu i przeżytych czasach. To były historie o represjach, wywózce do Kazachstanu i na Syberię, o zabijaniu ludzi i zabieraniu majątków, o wielkim głodzie”.

Opowieść dwóch sióstr – Anastazji i Anny są tego potwierdzeniem: „To historia Marcina Ratuszyńskiego, ojca naszej babci Bronisławy. Był kowalem. I pierwszą rzeczą, którą zrobił w Kazachstanie, było postawienie kuźni. I zaczął pracować. Pracował dużo. Za rok miał 1000 „trudodni”. Jasne, że jako ojciec rodziny musiał pomyśleć o domu; więc zbudował dom: ładny, ciepły, drewniany. Nie zdążył nawet zamieszkać, bo sowieci postanowili, że dla kowala dom jest za dobry, a dla nowego „naczelnika” kołchozu w sam raz. Dziadek Marcin połknął tę obrazę i zbudował drugi dom, też ładny, drewniany, lecz i ten odebrali dla nowego agronoma. I wtedy dziadek zbudował trzeci dom, dom z samonu, tak zwaną ziemiankę – z okienkiem na suficie, bo tyle śniegu było w zimie, że wyjść można było tylko przez okno. I w tej ziemiance on zmarł. Tam też urodził się nasz dziadek Wiktor i do ostatniego dnia mieszkała babcia Bronisława”.

Tata Vadima i Andrzeja przypomniał: „ W domach rozmawiano po polsku i po ukraińsku. Z czasem w wielu domach już tylko po ukraińsku. Prawdziwy polski język brzmiał tylko w katedrze św. Zofii w Żytomierzu. W mieście żyło bardzo dużo Polaków. Ktoś przyznawał się; ktoś ukrywał swoje pochodzenie, obawiając się represji i zapisania na listę niewiarygodnych …Razem trzymali się tylko ci, którzy przetrwali w polskości przy katedrze św. Zofii. Wyróżniały ich: honor, kultura i miłość do wolności. Moja matka była dumna ze swego polskiego pochodzenia. Co więcej, w radzieckim paszporcie miała zapis, że jest Polką. Oczywiście w domu obchodzono polskie święta, zgodnie z polską tradycją narodową”.

Głos zabrała też babcia Antka: „Na Boże Narodzenie, na Wielkanoc i na inne wielkie święta kościelne jeździliśmy z Emilówki do kościoła w Żytomierzu, a potem świętowaliśmy w rodzinie: śpiewali kolędy… Cieszę się, że mam polskie pochodzenie i że mi o tym powiedzieli rodzice”.

Jej wnuczek dodał: „To babcia opowiadała mi o polskich obrzędach i zwyczajach. O tym, że na wszystkie święta polskie przychodzili do domu, nakrywali stół białym obrusem. Cała rodzina zbierała się przy stole i zaczynała się wieczerza. Ale słyszałem też, że często musiano ukrywać wiarę przed obcymi. Ktoś opowiadał, że jego babcia modliła się cicho przy stole i jeżeli zdarzyło się, że mieli chociaż jeden opłatek, to byli szczęśliwi… Czasami babcia gotowała coś smacznego. Ale zawsze kazała, żeby o tym nikomu nie mówić”.

Mama Jegora opowiadała dalej: „Bywało też i tak, że wieszano 11 listopada albo 3 maja w domu flagę polską, ale nigdy o tym nie mówiono nikomu. W domach były modlitewniki polskie i polskie książki. Niektóre zachowały się do dzisiaj. Słyszałem też historię, jak to w jednej rodzinie wszystkie książki wymieniono na mąkę podczas wielkiego głodu. U nas pozostały dawne dokumenty rodzinne, metryki, stare zdjęcia. Wiele dokumentów zaginęło jednak podczas II wojny światowej. Archiwa domowe spłonęły wraz z domem. Nieruchomości zabrano. Ale wiem, że często nie zachowały się pamiątki rodzinne, ale przekazywano z pokolenia na pokolenie przepisy rodzinne na pierogi, kiełbasę, bigos…”.

*       *       *

Jestem w Żytomierzu, w Szkole Wiedzy o Polsce. Uczę języka i mówię o Polsce. Wszystko, co jest mi tu podarowane, uczy i mnie, a „widzenie kolażem” jest w tym rozumieniu rzeczywistości bardzo pomocne.

Tekst wygłoszony podczas IX Międzynarodowej Konferencji Szkoleniowo-Naukowej „Dlaczego kolaż? Możliwości formalne i wyrazowe kolażu oraz montażu artystycznego w sztuce profesjonalistów i outsiderów”, Kraków 16 i 17 listopada 2018 r.

„Sztuka dnia codziennego”, red. Grażyna Borowik, Teresa Cwalina,
Kraków 2000, s. 197- 203.