Mleko się rozlało, ale nie czas na lamenty. Zastanówmy się, kto posprząta problemy i tchnie nadzieję w ogarniętych pesymizmem ludzi? Czy znajdzie się ktoś, kto powie – kurtyna w dół! – i wyjdzie, jak gdyby nigdy nic się nie stało, do ogarniętych czarnymi wizjami widzów, ubrany cały na biało? Śmiem wątpić, czy istnieje wyidealizowany, nieprzesiąknięty dzisiejszym pesymizmem rycerz. Taki na białym koniu, nieskalany walką, bez śladów używania maseczki i rękawic. Może mieć nawet podkrążone oczy, aczkolwiek jedynie od czytania klasyków, a potargane włosy i brodę wyłącznie od kompulsywnego zajmowania rąk podczas intensywnego myślenia. Jak nigdy wcześniej, potrzebujemy dziś niekonwencjonalnych bohaterów. Stąd taki, może nieco frywolny i fantastyczny, zarys obecnej sytuacji. Lepsza jednak fantazja, gdzie wymyślamy bohaterów i ich losy, niż kompletny chaos.

Prof. dr hab. Piotr Tryjanowski

Pracuje na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu

NIC DWA RAZY SIĘ NIE ZDARZA

Wzorce historyczne nasuwają się same. Toutes proportions gardées, przypomnijmy sobie pandemię dżumy w XIV wieku i to, jak brutalnie przeorała świat. Upadały dwory i szlacheckie rody, zyskiwali na sile wysoko wykwalifikowani pracownicy, a rosnąca inflacja niszczyła i tak niewielkie oszczędności. Chłopi wzniecali powstania i rozpoczęły się prześladowania Żydów. Bywały rzeczy złe, ale trafiały się też i dobre: rozwój kultury i sztuki oraz odrodzenie religijne. Choć każda epidemia jest inna, to jednak łączą je wspólne cechy: śmierć, chaos, strach, niepewność i nagła potrzeba sięgania do Absolutu, czyli przypomnienie sobie o istnieniu Boga.

KONIEC ERY WRÓŻBITÓW

Przykład dżumy daje do myślenia. I dobrze. Rzeczą, której najbardziej potrzebujemy w chaotycznym świecie, są scenariusze. Nie wróżby, ale właśnie scenariusze. Tworzy się je na podstawie widocznych znaków i sieci powiązań pomiędzy różnymi elementami. Nie ma przypadków, są tylko znaki i warto się im przyglądać. Przyglądać, analizować i wyciągać logiczne wnioski. Uważając przy tym, by nadmiernie nie upraszczać skomplikowanych relacji. Trudności w zrozumieniu dynamiki epidemii koronawirusa powodują, że nie radzimy sobie z jej opanowaniem. Nie radzimy sobie nawet z porządnym opisem: co, gdzie, jak i kiedy się dzieje? Jak bardzo wirus jest niebezpieczny? Jakimi metodami przeciwdziałać zarażeniom i ograniczyć śmiertelność z tego powodu? Czy w ogóle musimy coś robić?

Możliwości reakcji na występowanie tego patogenu jest całkiem sporo. Co więcej, realizowane są najróżniejsze warianty gry. Od założenia rąk i biernego przyglądania się sytuacji, poprzez chaotyczne ruchy tworzące mieszankę różnych metod o skuteczności znanej, w najlepszym wypadku, wyłącznie mocno wtajemniczonym, aż po skrajny izolacjonizm społeczny poparty działaniami aparatu państwa i kontrola naszej prywatności. Komu w tej sytuacji zaufać? To właśnie pytanie o zaufanie wydaje się być najważniejszym. Odpowiedź na nie ma poważniejsze konsekwencje. Czy ufać wyrażającym różne opinie epidemiologom, czy też może przestać myśleć i ze ślepym posłuszeństwem wykonywać zalecenia aparatu państwa?

Epidemia COVID-19 kiedyś się skończy, jak każda epidemia zresztą, a wtedy ludzie zadadzą sobie pytanie – kto zawiódł, a kto nas uczciwie informował i bronił? To może zupełnie zachwiać i tak już mało stabilnym zaufaniem, nie tylko do państwa, urzędników, polityków, ale też do współobywateli. Podejmowane dzisiaj decyzje mają znaczenie nie tylko dla integralności, ale paradoksalnie i rozbicia naturalnych wspólnot: rodzin, parafii, samorządów. Skutki izolacji – narastająca samotność, lęki i depresje – pozostaną z nami na dłużej.

PRZECZYTAJ:

Pandemia koronawirusa. Nie możemy przewidywać przyszłości. Musimy ją stworzyć

NIE TYLKO MEDYCYNA

Nawet gdyby maseczki, rękawice, kompulsywne mycie rąk i izolacja społeczna, zwłaszcza osób chorych i tych z grup podwyższonego ryzyka, zadziałały na poziomie medycznym, nie załatwia to wcale sprawy. W pandemii bowiem nie liczą się wyłącznie fakty czysto medyczne, te związane jedynie z budową i naturą wirusa czy wzorcami jego rozprzestrzenia. To znacznie większa sieć nieoczywistych zależności wpływająca na nieracjonalne zachowania, wzrost paniki i chaotyczne ruchy epidemiologów, lekarzy, polityków. W konsekwencji tworzące tak dziwny świat, że nikogo już praktycznie nie dziwi napis na drzwiach salonu fryzjerskiego, a nawet dominikańskiego klasztoru: nieczynne do odwołania! Szkoda, że czas epidemii zamiast kształtować cnoty roztropności, sprawiedliwości, umiarkowania czy męstwa, że wymienię wyłącznie tylko te kardynalne, skłania do gnuśności i pesymizmu, aż po popełnienie rytualnego seppuku!

O tym ostatnim już mówią właściciele sklepów, zakładów rzemieślniczych, restauracji czy teatrów. Nie poprawi tego sztucznie przyklejony uśmiech prezenterów telewizyjnych zapewniających, że przecież będzie dobrze. Przekaz to jednak mocno niespójny, bo do tych uśmiechów jakoś nie pasuje narracja o zamykaniu lasów, parków, kościołów czy ograniczeń w przemieszczaniu się albo trudności w nabyciu podstawowych artykułów spożywczych. Szereg drobnych zmian doprowadzi do tego, że świat po koronawirusie będzie inny. Jednak nie stanie nagle do góry nogami. Bardziej konserwatywnie nastawieni wręcz twierdzą, że wreszcie może nawet powróci do stabilniejszej, łatwiejszej do heurystycznego ogarnięcia, pozycji. Z globalnego rozmachu powrócimy do lokalnej przestrzeni. Z większą znajomością i chęcią zrozumienia sąsiada zza płotu. Nawet za cenę utraty tanich dóbr konsumpcyjnych produkowanych w dalekich Chinach. Z droższymi smartfonami, komputerami i lekarstwami, ale za to z produktami o większej trwałości.

ROZPOZNANIE BOJEM

Ludzie popełniają błędy – także eksperci. W sytuacji niepewnej, nowej lub słabo rozpoznanej zamiast ślepo ufać dyżurnym autorytetom, warto pozwolić na burzę mózgów. Taką, gdzie wysłuchany będzie głos wielu, bez dzielenia opinii na głupie i mądre. Żeby pomyśleć chwilę o tym, że czasami zjawiska o ekstremalnie małym prawdopodobieństwie wystąpienia, bywają tymi kluczowymi.

Nietoperz z Wuhan spowodował, że frustrujemy się zamknięci w czterech ścianach. Gdyby ktoś powiedział coś takiego przed rokiem, popukalibyśmy się z politowaniem w czoło. I nie tylko to się stało. Nastąpiła – niczym klocki domina – cała wielce nieprawdopodobna sekwencja zdarzeń. Czy wyciągniemy z tego wnioski? Pamięć i zaduma po ciężkiej chorobie, śmierci bliskiej osoby, widzianym wypadku samochodowym, a nawet po przeżytej wielkiej powodzi trwają wyłącznie krótką chwilę. Zapominamy o wszystkim po kilku miesiącach czy latach, nawet gdy – tak jak wielkie powodzie – zmieniło to nasz krajobraz, układ ulic i mostów. Czy tak będzie z epidemią koronawirusa?

Nie wiem, ale chciałbym wiedzieć, czy nadal badania podstawowe, kształtujące sprawne myślenie, w danej chwili niekoniecznie praktyczne, pozostaną tak niedofinansowane? Czy funkcje kapłanów będą pełnić gwiazdy sportu i rocka, albo co jeszcze bardziej dobijające – medialnie wykreowani celebryci znani wyłącznie z tego, że są znani? Chcecie takiego świata dla siebie i swoich dzieci?

TO NIE KONIEC ŚWIATA

Świat się nie skończy z COVID-19. Po wojnie nastaje pokój, ale i on także nie potrwa wiecznie. Po jednej epidemii przyjdą kolejne i dobrze by było, by zastały nas lepiej przygotowanymi. Czy tak będzie? Nie wiem, ale wiele zależy od nas. Komu powierzymy władzę nad narodami? Jak zrealizujemy swoje potrzeby duchowe? Kogo obdarzamy zaufaniem? Szarlatanów, często powołujących się na (pseudo-)empiryczne doświadczenia czy raczej tych, którzy starają się zrozumieć świat, nawet wiedząc, że nie jest to do końca możliwe? Czy technokratów, którzy uważają, że wystarczy podregulować przepisy i zestaw danin społecznych? Niekoniecznie.

Możemy spróbować zadziałać sami. Upraszczać procesy globalne. Porozmawiać z sąsiadką, ale tak normalnie, a nie przez telefon komórkowy. Wspólnie wypić wino, porozmawiać o przeczytanej książce, wyremontować stary mebel, podzielić się plackiem czy warzywami z własnego ogródka. Odbudowywać zaufanie i lokalne wspólnoty. Tak, wiem – wszystko to kosztem amerykańskich filmów, koreańskich dziwactw muzycznych, hiszpańskich nowalijek w środku zimy i rezygnacji z egzotycznej kuchni tajskiej i sojowego frappuccino. Mnie tam wcale tego nie szkoda.

Coś pięknego się skończyło, coś pięknego się zaczyna.

Piotr Tryjanowski dla Jagiellonia.org

Prof. dr hab. Piotr Tryjanowski – zajmuje się m.in. zoonozami (chorobami odzwierzęcymi), środowiskami tropikalnymi i dynamiką układów złożonych. Pracuje na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.