Polecamy Państwa uwadze znakomity tekst Danyła Łubkiwskiego — ukraińskiego dyplomaty, intelektualisty i Nadzwyczajnego i Pełnomocnego Posła Ukrainy I klasy — poświęcony temu, co naprawdę kształtuje tożsamość narodów Europy Wschodniej. Światopogląd, ideologie, pamięć historyczna, duchowa siła i opór wobec imperiów: rosyjskiego, osmańskiego, niemieckiego. Refleksyjna, poruszająca opowieść o polskim, słowackim, węgierskim, rumuńskim i bułgarskim doświadczeniu — i o wspólnym kodzie wolności, który łączy nas ponad granicami, podziałami i ciężarem historii.

„A potem pogładziła go po czole, bawiąc się lokami jego włosów, aż w końcu objęła go śnieżnobiałymi ramionami za szyję i przytuliła do piersi. Tybald tracił rozum, widział ciemność, krew pulsowała mu w skroniach, upojony niewyobrażalną rozkoszą, objął czarownicę w talii – ale w tej samej chwili poczuł, jakby ktoś wbił mu pazury w kark.

– Orlandino! – rozkrzyknął się. – Orlandino, cóż to znaczy?

Orlandiny już nie było; w jej miejsce zobaczył przerażające, obce mu rysy.

– Ja nie jestem Orlandiną – zabrzmiał mrożący krew w żyłach głos. – Ja jestem Lucyfer!

Tybald chciał wezwać Zbawiciela na pomoc, lecz szatan, wyczuwszy jego zamiar, chwycił go zębami za gardło i nie pozwolił wypowiedzieć tego świętego imienia”.

Tą przerażającą sceną kończy się „Opowieść dziesiątego dnia” – jeden z najbardziej mistycznych epizodów Rękopisu znalezionego w Saragossie, arcydzieła literatury światowej, napisanego w latach 1797–1815 przez Jana Potockiego – pisarza, filozofa, a być może także maga.

Kim był Jan Nepomucen Potocki? Jednym z najbardziej utytułowanych polskich arystokratów ze starszej linii rodu Potockich. Filozofem, pisarzem, publicystą, podróżnikiem, historykiem, geografem, etnografem i archeologiem. Oficerem, dyplomatą, posłem na Sejm Rzeczypospolitej, delegatem na „niemy” Sejm Grodzieński – ostatni przed rozbiorem. Kawalerem Orderu Orła Białego, Orderu Świętego Stanisława oraz maltańskiego Orderu św. Jana. Poddanym Imperium Rosyjskiego i tajnym radcą w tamtejszym MSZ. Masonem, mistykiem, awanturnikiem, a także – co niezwykle ciekawe – pierwszym w Europie Wschodniej aeronautą. I, co również warte podkreślenia – jednym z pierwszych znanych slawistów.

Danyło Łubkiwśkyj

Ukraiński dyplomata i działacz publiczny, Nadzwyczajny i Pełnomocny Poseł Ukrainy I klasy

Urodził się w rodzinnym majątku w Pikowie na Podolu. Ukraina stała się magnesem jego życia – zarówno fascynującego, jak i tragicznego – którego tajemnica śmierci do dziś pozostaje niewyjaśniona. O ile – jak pisze Larry Wolff – Zachód wymyślał Europę Wschodnią w epoce oświecenia, to Jan Potocki – na ziemiach dawnych Scytów, Sarmatów i Słowian – odkrywał Ukrainę i jej mieszkańców, o których pisał w swych pracach badawczych (Fragments historiques et géographiques sur la Scythie, la Sarmatie et les Slaves, Histoire primitive des peuples de la Russie, Voyage dans l’Empire de Russie), dziennikach i listach.

Ale poza etnograficzną ciekawością, istniało coś znacznie głębszego, co łączyło Potockiego z duchową i egzystencjalną tkanką Ukrainy i całej Europy Wschodniej. Jako pozytywista wierzył w twórczą moc wiedzy gromadzonej przez narody, które spotykał na swej drodze. Jednocześnie jednak – jako mistyk – dostrzegał w świecie realnym odblaski rzeczywistości nienazwanej, innej, pochodzącej z zaświatów, które kształtują zarówno śmiertelnych, jak i nieśmiertelnych. Aby pojąć istotę Europy Wschodniej, trzeba podążyć śladami trzech wielkich dziwaków: Jana Potockiego (1761–1815), E.T.A. Hoffmanna (1776–1822) i Mikołaja Gogola (1809–1852). Wszyscy trzej byli mistycznymi mediatorami pogranicza duchowego Wschodu: Potocki – między Zachodem, Wschodem i Orientem; Hoffmann – między światem niemieckim, słowiańskim i bałtyckim; Gogol – między Ukrainą a Rosją. Ich wyobraźnia rodziła makabryczne chimery, a może raczej to świat pełen chimer – uchylający się tylko przed nimi – tworzył ich wyobraźnię, by objaśniać urzeczonemu czytelnikowi piękno i grozę tego, co go otacza.

Właśnie ta zdolność zejścia w otchłań – jak pisał Bażan: „po obłupanych stopniach // w przepaść, do jamy, w ciemność, // po śliskich schodach, po zbutwiałych zboczach // do wypaczonej piwnicy, do zabłoconej karczmy” – pozwalała im spotkać własne demony i spojrzeć w paszczę własnego Lucyfera.

W twórczości Potockiego odnajdujemy jeszcze jeden niezwykle interesujący motyw, który wpisuje się w kontekst naszej refleksji. Rękopis znaleziony w Saragossie, podobnie jak mit o erymantyjskim dziku, jest podróżą surrealistyczną i halucynacyjną – wędrówką z opowieści w opowieść, z baśni w baśń, z jednego koszmaru w jeszcze straszliwszą otchłań. To świat tej samej fantasmagorycznej natury, co Tysiąc i jedna noc, Dekameron Boccaccia czy Don Kichot Cervantesa.

Kapitan gwardii walońskiej, Alfons van Worden – niczym Herkules lub Don Kichot – rusza konno przez spaloną słońcem ziemię w pogoni za ideałem. Honor stawia ponad wszystko, a jego wędrówka to walka o nieosiągalne szczęście i odpieranie zła – przed którym nie sposób się uchronić – w postaci wilkołaków, wampirów, wiedźm, zbójców i upiorów. Choć akcja Rękopisu toczy się na dalekim zachodzie Europy – w hiszpańskiej Sierra Morena, między Andaluzją a La Manchą – duch tej opowieści naznaczony jest tym samym frontyrowym napięciem, co „mała ojczyzna” Potockiego: Ukraina, Krym, kresy cywilizacji. I tutaj bowiem – jak w Europie Wschodniej – spotykają się chrześcijanie, muzułmanie i ich duchy.

Kilka obrazów z tej powieści pomaga zrozumieć duchy narodów wschodnioeuropejskich. Kapitana Alfonsa nieustannie kuszą dwie niezwykłej urody siostry, które wyłaniają się z ciemności. Ale gdy tylko bohater otrząsa się z ich uroku – ze zgrozą odkrywa, że nie są to piękne dziewczęta, lecz rozkładające się ciała dwóch powieszonych braci. To brutalne przejście z baśniowej wizji do świata grozy i śmierci powraca w powieści niczym refren.

Urok piękna przemienia się w krwawy grymas śmierci.

Tajemnicza nieznajoma ukazuje oblicze szatana.

Czysta studnia przemienia się w przerażającą jaskinię zbójców.

Tak właśnie nieraz przeinaczały się najszlachetniejsze zamiary narodów Europy Wschodniej, uwiedzione zaświatowymi chimerami, historycznymi krzywdami, gorączkową dumą i nieugaszonym gniewem.

Właśnie ten gniew, ten dziki temperament jest wcieleniem pradawnego erymantejskiego dzika.

POLSKA DUSZA MIĘDZY MESJANIZMEM A NACJONALIZMEM — POMIĘDZY JAGIEŁŁAMI A PIASTAMI

Historia była bezlitosna wobec Polski. Fakt, że Polacy – po trzech rozbiorach w latach 1772, 1793 i 1795, narodowym wykrwawieniu, rusyfikacji, a następnie fizycznym wyniszczeniu podczas II wojny światowej – nie tylko przetrwali jako naród, ale stworzyli jedno z najbardziej udanych państw europejskich, można uznać za prawdziwy cud i zarazem dowód mobilizacji najgłębszych zasobów narodowej energii w walce z potężniejszymi przeciwnikami.

Polska idea stanowi wzorcowy przykład kulturowych transformacji, pozwalający jasno dostrzec wzloty i upadki procesów historycznych na obszarze Europy Wschodniej.

Jeśli usystematyzować wyzwania i cele polityki zagranicznej Polski w perspektywie historycznej, ukaże się obraz dramatyczny, ale i pouczający. W walce ze Szwedami, Moskalami i Osmanami Rzeczpospolita XVI–XVIII wieku aspirowała do roli hegemona w Europie Środkowo-Wschodniej, tworząc wraz z Litwą (lub jej kosztem) szczególny typ imperium, w którym zamiast monarchii absolutnej panowały „wolności szlacheckie”. Wielkopaństwo odegrało w dziejach Polaków dwuznaczną rolę – pamięć o „złotym wieku” stała się potężnym czynnikiem mobilizującym, podtrzymującym tożsamość i marzenie o wolności, ale zarazem podświadomym impulsem do mesjanistycznej wyjątkowości i ekspansjonizmu.

Po upadku Rzeczypospolitej, przez niemal 150 lat głównym celem Polaków było odzyskanie państwowości – co oznaczało systematyczny opór: zachowanie ducha narodowego, tradycji, walkę zbrojną, konspiracyjną i otwartą, oraz prowadzenie aktywnej dyplomacji na rzecz międzynarodowej solidarności – przede wszystkim z Francją i Wielką Brytanią. Celem było, by Polska jako idea nie zniknęła z mentalnej mapy Europy ani z świadomości własnego narodu.

Druga Rzeczpospolita, odrodzona w 1918 roku, znalazła się w potrzasku kilku konfliktów: wewnętrznego (między innymi z Ukraińcami, których państwowość została zniszczona i podzielona), regionalnego (spory graniczne ze wszystkimi sąsiadami) oraz europejskiego – z koniecznością balansowania między interesami Wielkiej Brytanii, Francji, ZSRR i Niemiec. Utrwalenie państwowości, zapewnienie modelu wieloetnicznego obywatelstwa, przywrócenie wpływów w regionie – to główne cele Warszawy do 1939 roku.

Druga wojna światowa zniszczyła Polskę, a powojenny ład usankcjonował jej podporządkowany, zniewolony status. Głównym zadaniem stało się odbudowanie kraju, oswojenie nowych granic i tożsamości obywatelskiej, „odzyskanie” autonomii w warunkach sowieckiej dominacji, i wieczna potrzeba – nie pozwolić, by świat o niej zapomniał. W tym kontekście ważne były też wysiłki w kierunku trudnego samopoznania i rezygnacji z imperialnych ambicji – idee, które żywił wielki Jerzy Giedroyc i jego środowisko.

Trzecia Rzeczpospolita z konieczności zaczęła się od bezalternatywnego dążenia do wyrwania się spod wpływów Rosji i zagwarantowania, że Polska nie znajdzie się znów w jej orbicie. Wstąpienie do NATO w 1999 roku i Unii Europejskiej w 2004 było realizacją tej strategii. Ale pojawiły się nowe wyzwania: walka o rolę lidera w UE, określenie relacji z Brukselą, osiągnięcie dominacji regionalnej, nawiązanie relacji z Kijowem i obrona przed presją Moskwy.

Z pozycji regionalnego mocarstwa Polska stopniowo stała się zakładnikiem sprytniejszych, drapieżnych sąsiadów. Odzyskanie niepodległości uznano za akt dziejowej i boskiej sprawiedliwości — lecz bez głębszej refleksji nad własnym doświadczeniem i losem narodów podporządkowanych odrodzonej Rzeczypospolitej. Kolejne wzloty Polski w zmieniającym się ładzie międzynarodowym znów obnażyły chroniczne słabości i powracające pokusy. Czyżby urokliwa piękność miała raz jeszcze przemienić się w potworność?

Katastrofa XVIII wieku zrodziła kilka ważnych idei – czy raczej stanów duchowych. Przede wszystkim: pojęcie Polski jako świętej ofiary, rozpiętej na krzyżu tyranii, która zmartwychwstanie dla ratunku wolności innych narodów.

W „Księdze narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” Adam Mickiewicz wkłada w usta Polski słowa: „kto do mnie przyjdzie, będzie wolny i równy, bom ja – Wolność sama”. Choć Polska została zabita i pogrzebana, „naród jej nie umarł; ciało jego spoczywa w grobie, lecz dusza zeszła do piekieł – ku ludom zniewolonym – by ujrzeć ich niedolę. A trzeciego dnia powróci dusza do ciała, naród zmartwychwstanie i wyprowadzi z niewoli wszystkie narody Europy…”

Jeśli przetrwaliśmy, to znaczy: mamy misję. A skoro mamy misję – to opartą na wierze, a więc i na Kościele. Ofiara wyznacza moralny horyzont. Tak tworzy się przekonanie o fenomenie „polskiego mesjanizmu”. Każda idea potrzebuje jednak konkretnego przewodnika. W polskiej interpretacji funkcję tę pełnią dwie historyczne koncepcje: „piastowska” i „jagiellońska”.

Pierwsza odnosi się do państwowości skoncentrowanej na zachodzie – w Wielkopolsce i na Śląsku. Etniczna, częściowo izolacjonistyczna, z priorytetami zachodnimi. Druga, „jagiellońska”, sięga do unii z Litwą i kieruje spojrzenie na przestrzeń między Bałtykiem a Morzem Czarnym. To wizja współpracy z Ukraińcami, Litwinami i Białorusinami, ideowej ekspansji i wsparcia ruchów wyzwoleńczych narodów ujarzmionych przez Rosję – to tzw. „prometeizm”.

Współczesna polska mentalność polityczna oscyluje między tymi dwoma tradycjami. O ile jagiellońska wizja, zbliżona do idei Piłsudskiego, współgra z ukraińskimi interesami, o tyle piastowska, kryje w sobie zjawy – jakby bliźniaków-powieszeńców z „Rękopisu” Potockiego – które majaczą także w rosyjskim panoptikum.

Patronem tej koncepcji jest Roman Dmowski – lider międzywojennego nacjonalizmu, twórca endecji, środowiska przesiąkniętego ukrainofobią, antysemityzmem i ksenofobią. Dmowski dzielił narody na „historyczne” i „niehistoryczne”, uznawał tylko siłę i słabość, usprawiedliwiał ekspansję terytorialną jako „naturalny” porządek rzeczy. Ukraińców należało albo zasymilować, albo uczynić narzędziem polityki. Żadnego równouprawnienia. To Dmowski odegrał kluczową rolę w tym, że Rada Ambasadorów Ententy w 1923 uznała przynależność Galicji Wschodniej do Polski.

Ale najostrzej oblicze Orlandiny w demoniczny grymas Lucyfera przemienia się w jego dziele „Kwestia ukraińska” z 1930 r. Dmowski uznaje potencjał Ukrainy, lecz zarazem go się lęka i robi wszystko, by zakwestionować jej państwowość. W jego wyobrażeniu: niepodległa Ukraina byłaby wrzodem Europy, ofiarą międzynarodowej awanturniczej dziczy: „Niemcy, Francuzi, Belgowie, Włosi, Anglicy i Amerykanie rzuciliby się tam… wspierani przez miejscowych i sąsiednich Rosjan, Polaków, Ormian, Greków i – najbardziej licznych i wpływowych – Żydów. Powstałaby osobliwa Liga Narodów…”⁶

Dmowski boi się Ukrainy, bo – jak pisze – będzie musiała rosnąć, by przetrwać w obliczu Rosji, która nigdy nie pogodzi się z jej istnieniem. „Jakkolwiek by nie wyglądało to państwo, musiałoby dążyć do objęcia wszystkich ziem rusińskich i wystawienia jak największej armii”⁷.

Przestraszony tą wizją, formułuje wniosek, który dziś brzmi wręcz groteskowo: „Dla narodu – szczególnie tak młodego jak nasz – lepiej mieć za sąsiada potężne państwo, nawet obce i wrogie, niż międzynarodowy dom publiczny”. Tak oto Dmowski odrzuca niepodległość Ukrainy, ale godzi się na rosyjski imperializm.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że ideologiczne „skrzywienia” pokroju poglądów Romana Dmowskiego dawno już powinny trafić do lamusa historii. Niestety, upiory Dmowskiego i jemu podobnych wciąż błąkają się po wyobraźni wielu polskich polityków, co wyraźnie ujawniło się podczas wyborów prezydenckich w Polsce w 2025 roku. „Kwestia ukraińska” niezmiennie pozostaje papierkiem lakmusowym politycznej przytomności nad Wisłą.

Paradoksalny fakt, że w ostatnich latach – mimo gwałtownego wzrostu antyimperialistycznej solidarności – retoryka ukraińofobiczna wyszła z politycznego marginesu i dziś bywa odbierana jako coś normalnego; że obraz Ukraińców stopniowo zakorzenia się w zbiorowej świadomości jako niemal głównych winowajców problemów Polski; że historyczna narracja uległa smutnej transformacji – od Katynia do Wołynia – wszystko to są niepokojące symptomy głęboko zakorzenionych kompleksów i chronicznych dolegliwości dawnej Rzeczypospolitej.

Tę Rzeczpospolitą wolelibyśmy widzieć jako „matkę europejskiej wolności”, a nie jako zgryźliwą teściową ukraińskiej niepodległości. Degradacja polskiego dyskursu publicznego, którą z bólem obserwujemy w ostatnim czasie, budzi poważny niepokój. Świadczy bowiem o kolejnym kryzysie – etapie nielogicznego, niepotrzebnego i – jak się zdaje – nieuniknionego antagonizmu, który w warunkach wspólnej wojny z Rosją znowu służy temu, by rozdzielić Polskę i Ukrainę. Krótkowzroczność, jak się okazuje, była zapewne jedną z wad erymantyjskiego wieprza…

SŁOWACKA AMBIWALENCJA: MIĘDZY MARZENIEM O STABILNOŚCI A ILUZJĄ MOSKWY

Stosunek do Ukraińców bywa papierkiem lakmusowym cywilizacyjnej dojrzałości. Jednak u części naszych sąsiadów, gdzie nie wygasł jeszcze imperialny resentyment, nadal funkcjonują i inne stereotypy – często znacznie więcej mówiące o tych, którzy je pielęgnują, niż o ich rzekomych „obiektach”. W światopoglądzie à la Dmowski to nie tylko Ukraińcom przypisywano rolę „młodszych braci” – niejednokrotnie próbowano ją narzucać również Słowakom.

Na pierwszy rzut oka słowacka idea narodowa wyrasta z gruntownie ambiwalentnych doświadczeń, typowych dla narodów, którym historia nieustannie kazała walczyć o przetrwanie. To balansowanie pomiędzy oporem czynnym i biernym wobec silniejszych, suwerennością narodową a zbiorowym bezpieczeństwem, wewnętrznym konserwatyzmem a europejskim liberalizmem, racjonalnością w polityce zagranicznej a zaangażowaniem w wielkie alianse geopolityczne. Poszukiwanie złotego środka w tej mozaice napięć doprowadziło do ukształtowania słowackiego ideału – stabilność ponad wszystko.

Słowacy przeszli przez wiele trudnych prób, a ich droga w polityce międzynarodowej odzwierciedla złożony i dramatyczny bagaż dziejowy. Do XX wieku największym zagrożeniem była groźba całkowitej utraty tożsamości pod naporem madziaryzacji. Odpowiedzią stał się opór intelektualny i kulturowy, skomplikowana gra dyplomatyczna z Wiedniem, by ograniczyć presję Budapesztu (ostatecznie nieudana), a także chęć ochrony siebie poprzez zbliżenie ze słowiańskimi braćmi – zwłaszcza Czechami. W tym okresie właśnie w słowackim i czeskim środowisku zrodził się słowianofilski mesjanizm, który niestety szybko zainfekowało moskiewskie rusofilstwo – podszywające się pod ideę jedności Słowian, lecz podporządkowujące ją Rosji.

Jak zauważa badacz Alexandr Duleba, słowackie rusofilstwo stworzyło obraz Rosji, która nigdy nie istniała. Mit ten stał się nieodłączną częścią narodowej tożsamości i wciąż generuje „apriorycznie pozytywny stosunek do Rosji”.

Dowód? Wystarczy sięgnąć do głośnej pracy „Słowiańszczyzna i przyszłość świata”, którą Ludovít Štúr – ojciec słowackiego odrodzenia – napisał po niemiecku w 1851 roku. Pisał w niej z uniesieniem:
„Połóżmy rękę na sercu, bracia, i powiedzmy szczerze: czyż to nie Rosja jaśniała niczym latarnia w głębokiej nocy naszej egzystencji? Czyż nie ona tchnęła w nas nadzieję, ożywiła ducha, roznieciła zgaszone niemal pragnienie życia? (…) Rosja to dźwignia i przewodnik całego naszego słowiańskiego rodu – przyłączmy się więc do niej, uznajmy jej przewodnią rolę jako historycznie danego starszego brata naszego plemienia.”

W innym fragmencie Štúr wypowiada myśl, która dziś brzmi jak ponury żart historii:
„Rosjanie nigdy nie narzucali podbitym narodom ani swej wiary, ani języka. Wręcz przeciwnie – rosyjska władza dbała i wciąż dba o religię i język tych narodów, a Rosjanin, przechodząc obok świątyni, zawsze zdejmuje z szacunkiem czapkę. Żadna inna władza nie okazywała Słowianom tyle troski: katolizowano nas, germanizowano, madziaryzowano, italizowano – wszystko naraz.”

W okresie międzywojennym XX wieku Słowacy otrzymali szansę budowy autonomii w ramach Czechosłowacji i ochrony przed rewizjonizmem Polski i Węgier. Gwałtowna zmiana układu sił tuż przed II wojną światową wepchnęła ich w objęcia Berlina – powstała quasi-niepodległa republika, żyjąca w permanentnym konflikcie z Węgrami. Po wojnie walka o autonomię toczyła się już w ramach komunistycznej Czechosłowacji pod radzieckim butem. Dopiero po 1993 roku, wraz z odzyskaniem pełnej suwerenności, Słowacja mogła samodzielnie kształtować swój los, wykorzystując nowe szanse jako członek Grupy Wyszehradzkiej, a później UE i NATO.

Słowackie marzenie to spokojne, bezpieczne i niezależne państwo w centrum Europy. Aby je urzeczywistnić, elity słowackie od zawsze szukały silnego sojusznika – to poszukiwanie prowadziło ich raz do Wiednia, raz do Pragi, Berlina czy Moskwy. Utrzymywanie geopolitycznego giganta „na radarze” i chłodna kalkulacja w relacjach z nim – to zasada głęboko zakorzeniona w praktyce Bratysławy.

Jednak redukowanie słowackiej polityki jedynie do wyrachowania byłoby niesprawiedliwe. Słowacy znają cenę wolności. Ich historia to nie tylko pragmatyzm, lecz także heroizm – jak w czasie Słowackiego Powstania podczas II wojny światowej. Ich idealizm przejawiał się też w nadziei na związek wolnych, równych narodów słowiańskich – idei bliskiej również kijowskiemu Bractwu św. Cyryla i Metodego.

Niewątpliwie, wielu Słowaków patrzyło na Rosję z nadzieją i postrzegało Ukraińców jako zagrożenie. Pisarz Jozef Škultéty pisał do kijowskiego profesora-Floryńskiego, znanego ukrainofoba:

„Wszystko, co służy językowi małoruskiemu, odbieramy jako próbę osłabienia jedności i potęgi Rosji – i dlatego każda taka rzecz budzi w nas sprzeciw”.

A jednak nie wszyscy dali się zwieść. Wielu słowackich intelektualistów potrafiło dostrzec różnicę między rosyjskim szowinizmem a żywymi ruchami na peryferiach imperium.

Wybitny ukrainista Michal Molnár przypomina, że w bibliotece Matica slovenská znajdowała się unikalna broszura Tarasa Woli – „Braterskie posłanie Ukraińców do serbskiego towarzystwa Zora”. W 1868 roku Wola ostrzegał przed represjami Moskwy i nawoływał innych Słowian, by nie dali się oszukać – by dostrzegli w losie Ukraińców także swoją przyszłość. Tak wielkie było wrażenie, że znany czeski poeta Josef Václav Frič odpowiedział na apel Tarasa Woli artykułem: „Niech żyje Ukraina!”

Ukraińskie doświadczenie nie pozostało więc niezauważone. Słowacka literatura zawiera echa wpływów ukraińskich, a słowacka pamięć zna też siłę solidarności z narodem, który był naturalnym sojusznikiem w walce z najtrudniejszym przeciwnikiem – madziarskim nacjonalizmem.

WĘGIERSKI MIT OBRONY I EKSPANSJI. MIĘDZY RESENTYMENTEM A ROLĄ BASTIONU ZACHODU

Węgierska idea narodowa – zaborcza, ofensywna i ekspansjonistyczna – ma w swej istocie również charakter obronny. Już w XVII wieku ukształtował ją w poetyckim patosie Miklós Zrínyi, węgierski poeta i wojownik z chorwackiego rodu Zrinskich. W swoim monumentalnym eposie „Bitwa pod Szigetvarem” (1647) wkłada on w usta Boga słowa:
„Wyprowadziłem ich ze Scytii, która stała się dla nich za ciasna. Mój Duch Święty zstąpił na nich. // Ze Scytii ich wywiodłem, jak lud Izraela. // Prawicą moją niszczę narody, wszędzie tępię ich wrogów…”
Zaraz jednak Ten sam Bóg wystawia Węgrów na próbę – zsyła piekielne cierpienia, by sprawdzić ich hart ducha. I oto zmagając się ze złem, rodzi się naród bohaterów, który staje się bastionem chrześcijaństwa na wschodnich kresach Europy – tak poezja kształtuje węgierskie powołanie dziejowe.

Po osiedleniu się w Kotlinie Karpackiej Węgrzy dążyli do ustabilizowania swojej obecności i włączenia się w ówczesną europejską wspólnotę polityczną, gospodarczą i kulturową. Walka z Osmanami i rywalizacja z Wiedniem – w imię zachowania tożsamości, autonomii i zjednoczenia „ziem obiecanych” – zdominowały kilka stuleci historii, od XVI do XIX wieku. Powstanie autonomicznego Królestwa Węgier w ramach Austro-Węgier otworzyło nowy rozdział: Budapeszt w imię „umacniania państwowości” ruszył na sąsiadów z kampanią madziaryzacji – Słowaków, Chorwatów, Serbów, Rumunów, a także Ukraińców.

Klęska w I wojnie światowej zakończyła się dla Węgier traktatem w Trianon, który urósł do rangi traumy narodowej. Zredukowana do jednej trzeciej dawnej powierzchni „święta korona węgierska” utraciła ponad trzy miliony obywateli – pozostali za granicą nowego państwa. Ten gniew, podobny do ślepej furii erymantyjskiego dzika, popchnął Budapeszt w objęcia Berlina z nadzieją na rewizję historii. Porażka w II wojnie światowej przyniosła kolejną okupację – tym razem sowiecką – a brutalne stłumienie powstania w 1956 roku uczyniło z Węgier zbuntowaną prowincję pod żelaznym nadzorem Moskwy.

Paradoksalnie, największa historyczna szansa na suwerenną, spokojną i demokratyczną Węgry pojawiła się dopiero po upadku ZSRR. Wejście do UE i NATO mogło przynieść spełnienie marzenia pokoleń. I choć kraj skorzystał z tej szansy, z czasem okazało się, że to nie wystarczyło, by nasycić apetyty węgierskiego nacjonalizmu.

Współczesna węgierska idea to mozaika sprzeczności – a retoryka rządzącego od lat Viktora Orbána nie oddaje całej jej złożoności, choć odwołuje się do głęboko zakorzenionych przekonań zbiorowych. Resentyment narodu „rozproszonego”, rola bastionu konserwatywnego Zachodu, pragmatyzm mediatora między Wschodem a Zachodem – wszystkie te wątki, zakorzenione w historii, są dziś żywym elementem świadomości „innej Europy”.

O psychologii narodów takich jak Węgrzy, które doświadczyły imperialnego wzlotu i upokorzenia, pisał wybitny myśliciel István Bibó. Demokratyczny profesor, który przeżył nazistowski terror, był jedynym człowiekiem, który w 1956 roku – otoczony przez radzieckie czołgi – pisał w parlamencie proklamacje wzywające naród i świat do oporu przeciwko nowemu marionetkowemu reżimowi. Skazany na dożywocie, po amnestii objęty zakazem publikacji, zmarł w 1979 roku. Jego pogrzeb stał się pierwszym symbolicznym zjazdem węgierskich dysydentów.

W swoim błyskotliwym eseju „Cierpienia małych narodów Europy Wschodniej” (1946) Bibó z chirurgiczną precyzją analizuje emocjonalną amplitudę społeczeństw regionu. Pisze, że polityczna histeria i lęk egzystencjalny wynikają z ciągłych wstrząsów, które zburzyły wewnętrzną równowagę narodów Europy Środkowo-Wschodniej.
„Na Zachodzie narodowe ramy trzeba było zorganizować. Na Wschodzie – stworzyć, odzyskać, wywalczyć i stale się o nie lękać. Nie tylko przez imperialne struktury, ale także przez obojętność własnych obywateli i niestabilność świadomości narodowej. (…) Dlatego pojęcia takie jak ‘śmierć narodu’ nie są dla Wschodu pustym patosem. Są realnym doświadczeniem.”

To właśnie ta głęboka trauma historyczna pozwala zrozumieć wrogą wobec Ukrainy politykę Orbána oraz jego liczne prowokacyjne wypowiedzi o „zagrożeniu” z Kijowa i rzekomym wyciąganiu ostatniego forinta z kieszeni węgierskiego podatnika. Na pierwszy rzut oka może to wyglądać na polityczną grę pod wewnętrzne potrzeby. W rzeczywistości jest to wyraz starego wzorca myślenia: Bruksela jako imperialna nowa Austria, Moskwa i Pekin jako bajkowy kontrapunkt dla „zachodniego dyktatu”, a Ukraina – chaos i niekontrolowana demokracja, zagrażająca porządkowi.

Bibó zauważa, że od czasów rewolucji 1848 roku węgierska świadomość polityczna wyciągnęła dwa bolesne wnioski:
„Po pierwsze, że Europa porzuciła Węgrów w walce o wolność. Po drugie, że mniejszości narodowe wykorzystają demokrację do secesji. (…) Ten drugi wniosek odwrócił Węgry od ideałów demokracji.”
Po klęsce z 1849 roku utrwalił się bowiem strach, że demokracja doprowadzi do dezintegracji państwa.

Tak oto – jak pisał Bibó – walka o wolność, napędzana lękiem i niepewnością, przekształca się w szowinizm i represję. Z tej przemiany wyłania się nowy typ polityka: „pozorny realista”. Czasem wywodzący się z arystokracji, czasem wyniesiony przez głosy ludu – cechuje go spryt i skłonność do agresji. Pod demokratyczną fasadą realizuje autorytarne cele i buduje agresywne konstrukcje polityczne. „To właśnie takich ludzi zaczęto nazywać wielkimi realistami, a ich zachodnich odpowiedników – naiwnymi idealistami.” Nic dziwnego, że rola szefa państwa w tej części Europy zyskała niemal sakralny wymiar – tam, gdzie demokracja stawała się zagrożeniem, wzmacniano władzę jednostki.

Nie można też pominąć roli diaspor. Węgierskie wspólnoty za granicą aktywnie wspierają narrację „Wielkich Węgier”. Podobnie w ostatnich wyborach prezydenckich w Polsce diaspora częściej popierała konserwatywnego kandydata o antyeuropejskich poglądach. Ale przykład Rumunii i Mołdawii pokazuje inny scenariusz – tam właśnie głosy diaspory przeważyły szalę na korzyść sił demokratycznych i proeuropejskich.

RUMUŃSKA IDEA – MIĘDZY DUCHOWOŚCIĄ A GEOPOLITYKĄ

Rumuńska idea narodowa to zjawisko wyjątkowe.

W przeciwieństwie do katolickich narodów takich jak Polska, Słowacja czy Węgry – Rumunia i Mołdawia to państwa, w których dominuje prawosławie. W Rumunii aż 86% obywateli należy do Rumuńskiego Kościoła Prawosławnego. W Mołdawii odsetek ten sięga 90%, choć wierni są rozdzieleni między podporządkowaną Moskwie Mołdawską Cerkiew Prawosławną a Rumuńską Metropolię Besarabską.

Mówi się, że rumuński światopogląd kształtują trzy główne prawdy: imperatyw zjednoczenia narodowego ziem i ludzi, poczucie dziedzictwa po starożytnym Rzymie oraz duchowa przynależność do Zachodu, połączona ze świadomością istnienia „pomiędzy światami”. Rumuni są – jak pisał wybitny poeta i myśliciel Lucian Blaga – narodem pogranicza, ukształtowanym przez Karpaty, Bałkany, Morze Czarne, Bizancjum, Zachód i Orient. „Nie jesteśmy ani na Zachodzie, ani na Wschodzie słońca. Jesteśmy tam, gdzie jesteśmy: razem z naszymi sąsiadami, na rozdrożu” – mówił Blaga.

W XIX wieku głównym celem narodowym Rumunii było wyzwolenie się spod panowania tureckiego – cel ten został osiągnięty w 1877 roku poprzez proklamowanie niepodległości, uznanej międzynarodowo rok później na kongresie berlińskim. Wcześniej, w 1859 roku, doszło do tzw. „małego zjednoczenia” – połączenia Wołoszczyzny i Mołdawii. W okresie aż do 1918 roku głównym zadaniem rumuńskiej polityki zagranicznej było wywalczenie pozycji w grze między Austro-Węgrami, Rosją i Imperium Osmańskim oraz realizacja aspiracji terytorialnych. Po I wojnie światowej Rumunia anektowała Siedmiogród, Besarabię i Bukowinę – doszło do „wielkiego zjednoczenia”, co uczyniło ją jedną z największych, ale i najbardziej narażonych na zagrożenia państw Europy Wschodniej.

W obliczu niepokojów i zagrożeń Rumunia, podobnie jak inne kraje regionu, sięgnęła po „żelazną rękę” – autorytaryzm. Po bolesnych stratach terytorialnych w 1940 roku Bukareszt dołączył do osi Berlina. W 1944 Rumunia przeszła na stronę aliantów, a trzy lata później rozpoczęła się nowa epoka – komunistyczna, najpierw stalinowska, a potem – narodowo-komunistyczna. I choć Rumunia doświadczyła własnej formy dyktatury i izolacji, to jednocześnie potrafiła stawiać opór totalnemu wpływowi Moskwy i utrzymywać dystans w wielu kluczowych kwestiach polityki zagranicznej.

Dopiero jednak wraz z upadkiem komunizmu i rozpadem bloku sowieckiego Rumunia – niegdyś peryferie imperiów – osiągnęła historyczne spełnienie: prawdziwą suwerenność, pełną integrację ze światem i wejście do NATO oraz UE, gdzie dziś zajmuje strategiczną pozycję na wschodniej flance wspólnoty transatlantyckiej.

A jednak żadna geopolityczna kalkulacja nie wyjaśni tak trafnie rumuńskiego (i mołdawskiego) ducha jak narodowy mit. Za archetypiczny uznaje się słynną balladę „Miorica” – „Jagniątko”. Trzech pasterzy – z Mołdawii, Siedmiogrodu i Wołoszczyzny – pasie wspólnie owce w górach. Dwóch spiskuje, by zabić trzeciego, najbogatszego z nich – Mołdawianina – i przejąć jego stado, konie i psy. Tylko małe jagniątko – Miorica – przeczuwa niebezpieczeństwo i ostrzega swojego pana. Ten jednak nie opiera się losowi, nie planuje zemsty – prosi tylko, by pochowano go na otwartym polu, z fujarką u głowy, i by jego matce powiedziano, że nie zginął, lecz ożenił się z „księżniczką niepojętą, oblubienicą świata”, w dniu, gdy „gwiazda spadła z nieba”.

Interpretacji tej przejmującej pieśni jest wiele. Jeśli, jak czynił Blaga, uznać ją za klucz do rumuńskiej tożsamości, to jej wyróżnikiem na tle polskiej symboliki ofiary, ukraińskiego heroizmu czy węgierskiego gniewu boskiej prawicy będzie niepojęta pokora i duchowa kontemplacja. Rumunia tęskni za plaiem – mistycznym, falującym krajobrazem, gdzie śmierć nie jest kresem, lecz przejściem ku wieczności i kosmicznej harmonii.

Blaga nazywa ten wymiar „przestrzenią mioricką” – „połączenie rumuńskiej duszy z przestrzenią mioricką to raczej ukryty, spokojny płomień niż poryw namiętności czy świadomego zachwytu”. Śmierć w tej wizji staje się nie epilogiem, lecz prologiem – „sakralnym związkiem z kosmicznym żywiołem”. Brzmi to zadziwiająco podobnie, choć rytmicznie zupełnie inaczej, niż u naszego Tychyny:
„Nie Zeus, nie Pan, nie Duch-Gołąb, // Lecz Słoneczne Klarnety. // W tańcu ja, rytmiczny ruch, // W nieśmiertelnym – wszystkie planety.”

Ta duchowa sofia – mądrość i kontemplacja bytu – to jeden z kluczy do zrozumienia rumuńskiej idei. Ale nie należy jej mylić z uległością: duchowy dystans Rumunów do świata nie oznacza rezygnacji z działania, ani tym bardziej słabości. Rumuńska nieustępliwość jest dobrze znana. W Moskwie rumuńska dyplomacja uchodziła za jedną z najbardziej zawziętych i trudnych w negocjacjach. W relacjach z Węgrami – zapisano długą listę wzajemnych roszczeń, krzywd i aktów przemocy, jak choćby tragiczne wydarzenia z 1989 roku w Târgu Mureș, gdzie podczas starć zginęło pięć osób. Rumuńska opinia publiczna często postrzegała Węgrów jako intruzów i okupantów rdzennych ziem narodowych – przeciwko madziaryzacji Siedmiogrodu występował choćby wybitny historyk, literat i premier – Nicolae Iorga, jeden z ojców nowoczesnej rumuńskiej tożsamości.

Złożone relacje Rumuni mają także z Serbami i Bałkanami. W przeciwieństwie do Węgrów, narody południowe nie stanowiły dla Rumunów zagrożenia asymilacyjnego czy ekspansjonistycznego, ale często budziły nieufność – z powodu flirtów Belgradu z Moskwą – i niemal zawsze poczucie „inności w bliskości”. Rumunia oddzielała się zarówno od brutalności madziarskiej, jak i od żywiołowej bałkańskiej dzikości, traktując je jako formy barbarzyństwa. Przynależność do Zachodu – i nie-do-Wschodu – to fundament rumuńskiego myślenia o sobie.

Dla Ukrainy prozachodnia orientacja Rumunii to jeden z kluczowych punktów oparcia w skomplikowanej geopolityce regionu – może nawet ratunkowe koło wobec niepokojących nastrojów, jakie co jakiś czas ogarniają niektórych naszych zachodnich sąsiadów, jakby były mrokiem furii erymantyjskiego dzika. Relacje ukraińsko-rumuńskie nigdy nie były proste – są w nich ślady dawnych uraz, podejrzeń i nieporozumień. A jednak po Pomarańczowej Rewolucji i Majdanie elity polityczne, intelektualne i kulturalne Rumunii dostrzegły nową Ukrainę – jako ważnego partnera w regionie. Wzmożony impuls demokratyczny znad Dniepru niewątpliwie przyczynił się do osłabienia moskiewskiego nacisku na Mołdawię, a także do udaremnienia rosyjskich planów zainstalowania w Rumunii prorosyjskiego, antyeuropejskiego reżimu.

BUŁGARSKI WYMIAR OPORU – TOŻSAMOŚĆ, DUMA I EUROPA

Powstrzymanie wpływów Rosji to sprawa życia i śmierci nie tylko dla Rumunów i Mołdawian, ale także dla tak istotnego uczestnika wspólnoty narodów w tej części Europy, jakim są Bułgarzy.

W bułgarskiej idei narodowej zwykle wyróżnia się trzy kluczowe elementy. Pierwszy z nich to przekonanie o starożytności własnych korzeni, zakorzenione w trzech źródłach: praobułgarskim – z utworzeniem Pierwszego Carstwa Bułgarskiego w 681 roku, kontynuującego tradycje turecko-irańskich plemion o własnej strukturze państwowej; słowiańskim – który dostarczył podstawy językowej i demograficznej; oraz chrześcijańsko-bizantyjskim – z przyjęciem chrztu w 864 roku i stworzeniem szkół piśmiennictwa w Ochrydzie i Presławiu, które odegrały kluczową rolę w kulturze całych wschodnich Słowian.

Drugi element historycznej pamięci Bułgarów to mit i zarazem trauma związana z traktatem pokojowym w San Stefano z 1878 roku, podpisanym przez Rosję i Imperium Osmańskie. Zakładał on utworzenie Wielkiej Bułgarii – państwa, którego granice miały obejmować nie tylko dzisiejsze terytorium Bułgarii, ale też historyczną Macedonię, Trację, południową Dobrudżę oraz części Serbii i Kosowa. Jednak decyzje Kongresu Berlińskiego przekreśliły ten projekt, pozostawiając w bułgarskiej świadomości narodowej poczucie zdrady i krzywdy, które w kolejnych dekadach wielokrotnie stawały się źródłem napięć w polityce zagranicznej.

Trzeci komponent to współczesna europejska tożsamość Bułgarii – wizja nowoczesnego narodu zakorzenionego w cywilizacji zachodniej. Ten wymiar dystansuje Bułgarię od typowo „bałkańskich” namiętności, pozwala zrehabilitować się po burzliwych i niekiedy kontrowersyjnych zwrotach w historii – zarówno po stronie komunistyczno-prawosławnej Moskwy, jak i nazistowskiego Berlina – i otwiera dla Bułgarów nową perspektywę jako członków UE i NATO.

Głęboka i starożytna bułgarska idea musiała przedzierać się przez warstwy obcego panowania i narodowych tragedii. Symboliczny wymiar tej drogi świetnie oddaje znana także Ukraińcom walka o język ojczysty. W odpowiedzi na upokorzenia, jakie Bułgarzy doświadczali w stosunku do swojego języka – postrzeganego jako fundament państwowości – wielki poeta i ojciec literatury bułgarskiej, Iwan Wazow, zbuntował się przeciw pogardzie obcych, w tym – jak pisał – również Rosjan. W przejmującym wierszu „Ojczysty język” nie mówi tylko o słowie, ale o godności, tożsamości i duchowym buncie:

„O, z błota cię podniosę,
Obmyję w fontann kryształowych plusku,
Ukażę twą urodę tym, co cię lżą,
I ich – nic nie warci – tobą ukażę!”

W tych strofach zaklęta jest bułgarska duma – świętość języka przodków, odrzucenie obcej wyższości („to dym i smród podłej nieprawości, który przesłonił niebo ojczyzny”) oraz niezachwiana wiara w sprawiedliwość i odkupienie („w cudowne tony go przekształcę i poświęcę imieniem przyszłości”).

Nie można zapominać o „bułgarskim wymiarze” Europy Wschodniej – to właśnie on w sposób szczególny uwidacznia wspólny mianownik całego regionu: niezależnie od tego, skąd pochodzi zewnętrzne zło i jaką przybiera postać – nie jest ono w stanie złamać narodów tej ziemi. Nie zniszczy ich języków, kultury, pamięci historycznej ani tożsamości – bez względu na to, czy ich korzenie są łacińskie, czy bizantyjskie.

W swoim oporze Słowiańszczyzna Wschodnia i Zachodnia są sobie równe.

Braterstwo tej części Europy może zniszczyć jedynie własny „napój wolności” – jeśli stanie się trucizną zamiast źródłem siły…

WSCHODNIA EUROPA W NOWEJ EPOCE. PRÓBA OGNIA

Europa Wschodnia weszła w nową epokę. Jej początek naznaczony jest próbą militarnego powrotu Rosji, zaostrzeniem neoimperialnych apetytów i otwartą wojną przeciwko Ukrainie. Agresja wobec Ukraińców oraz ludobójczy zamiar „ostatecznego rozwiązania kwestii ukraińskiej” stanowią największą zbrodnię rosyjskiego szowinizmu w XXI wieku. Ale nie jest to odosobniony incydent – to tylko szczyt góry lodowej zła, nienawiści i rewizjonistycznego rewanżyzmu, który przez dekady narastał w umysłach rosyjskich elit politycznych i społecznych, cyklicznie wybuchając w postaci wojen, kryzysów i napięć – od Bałkanów po Mołdowę, od Iczkerii i Gruzji po Tadżykistan.

Wydarzenia wywołane przez Moskwę będą miały bezpośrednie konsekwencje dla całego regionu. Za wcześnie jeszcze przesądzać, w jakim stanie – politycznym, gospodarczym i militarnym – wyłoni się Europa Wschodnia po zakończeniu rosyjskiej wojny. Pewne jest jednak jedno: przed tym obszarem stoi kilka fundamentalnych prób, które rozstrzygną, czy zdoła on przezwyciężyć fatum „małych narodów” i ich odwiecznego towarzysza – Erymanthyjskiego gniewu, urazy i poczucia beznadziei.

Pierwszym testem będzie ocalenie ukraińskiej państwowości oraz skuteczna powojenna transformacja w ramach Zjednoczonej Europy. Drugim – zdolność przywódców regionu do stłumienia antyukraińskich, antyeuropejskich i antyintegracyjnych nastrojów. Trzecia próba zaś dotyczyć będzie losu dwóch narodów, które również padły ofiarą Rosji – choć w znacznie mniejszym stopniu zostało to zauważone i uznane przez świat. Mowa o Białorusinach i Tatarach krymskich – pierwszych, którzy zostali złamani podczas ostatniego imperialnego szturmu Kremla. Zarówno białoruskie powstanie, jak i ruch oporu Tatarów krymskich okazały się najdonioślejszymi przebudzeniami narodowymi w Europie pierwszej połowy XXI wieku.

Nieformalna okupacja Białorusi prowadzi dziś do całkowitej denacjonalizacji tego narodu. Rusyfikacja Krymu zmierza do brutalnej wymiany ludności na półwyspie. W obu przypadkach celem Moskwy jest przerwanie historycznego, kulturowego i geopolitycznego połączenia między Bałtykiem a Morzem Czarnym. I w obu przypadkach Ukraina musi odegrać kluczową rolę – politycznie, wojskowo, finansowo, humanitarnie i instytucjonalnie – by przygotować grunt pod przyszłe odzyskanie niepodległości przez Białoruś i powrót Tatarów krymskich do wolnego życia na własnej ziemi.

Stawka tych wyzwań ma dla Europy Wschodniej wymiar historyczny.


Ostatnia opowieść

Tajemnicą owiana jest nie tylko „Rękopis znaleziony w Saragossie”, ale i śmierć jego autora – Jana Potockiego.

Pod koniec życia hrabia powrócił do jednej ze swych posiadłości w Uładówce na Podolu. To właśnie na Ukrainie rozpoczęła się jego długa podróż – i tutaj miała się dopełnić.

Kapitan Gwardii Walońskiej, Alfons van Worden, wreszcie wrócił do domu. Ponad wszystko cenił honor – najwyższą z cnót. Nie lękał się ani wiedźm, ani upiorów, ani samego Lucyfera. Opowiedział setki historii, nosił w sobie wielkie marzenia, choć nie raz kończył wśród wisielców i zbójów – zawsze jednak szukał najgłębszego sekretu istnienia. To była szalona pogoń. Wyprawa aż na koniec świata.

Co odnalazł? Czy nie poznał – ucząc się innych (a to przecież główna zasada współistnienia) – samego siebie?

Listopad był ciężki i ponury. Pod jego ołowianym niebem hrabia gasł. Coraz bardziej odcinał się od ludzi i pogrążał w mrocznych spirytystycznych seansach. Czuł nieuchronną, fatalną przemianę. To już nie był on – to coś innego, co przejmowało jego ciało. A ten, kim się stawał, zapadał się w otchłań, niczym jego własna opowieść.

Miejscowi szeptali, że w okolicach zaczęto widywać dziwne stworzenie – wielkiego psa albo wilka – który pojawiał się i znikał w pobliżu dworu. „To cień po niego przychodzi”, mówili ze strachem.

Oblicze Orlandiny zacierało się w pamięci.

Zastępowały je drapieżne i przerażające rysy.

W grudniu, w jeden z krótkich, ciężkich dni, gdy niebo było jak z ołowiu, hrabia kazał przetopić srebrny imbryk – i odlać z niego kulę.

Gdy srebrna kula spoczęła na jego dłoni, znał już odpowiedź na wszystkie pytania.

W dworze rozległ się strzał.

Opowieść dobiegła końca.

A życie?

Życie trwało dalej.

O AUTORZE:
Danyło Łubkiwśkyj – ukraiński dyplomata i działacz publiczny, Nadzwyczajny i Pełnomocny Poseł Ukrainy I klasy. W 2014 roku pełnił funkcję wiceministra spraw zagranicznych Ukrainy, a następnie przewodniczącego Narodowej Komisji Ukrainy ds. UNESCO oraz Komisji ds. Ukraińców za Granicą. Reprezentował Ukrainę w Radzie Wykonawczej UNESCO. W latach 2015–2016 był doradcą dyplomatycznym Premiera Ukrainy.

Artykuł w wersji oryginalnej autorstwa Danyła Łubkiwśkiego został opublikowany po ukraińsku na portalu Zbruc.eu 04.07.2025 roku. Przekład: Jagiellonia.org. Publikacja w języku polskim za zgodą autora i wydawcy.

Przypisy

¹ Jan Potocki. Rękopis znaleziony w Saragossie. Lipsk, 1847. Dzień dziesąty.

² Саме графа Яна Потоцького Владімір Путін призначив черговим «винахідником» українців, приписуючи йому першість серед інших дослідників, хто визнавав етнічну та мовну окремішність українців. Насправді, в цьому сенсі граф Потоцький аж ніяк не був ані першим, ані єдиним. Про ці та інші обставини життя графа йдеться в докладній статті Сергія Громенка «Граф, вчений, перевертень…», надрукованій в «Українській правді» 23 грудня 2019 року.

³ Микола Бажан. Гофманова ніч // Антологія української поезії ХХ ст. Київ, 2017. С. 443.

⁴ Adam Mickiewicz. Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego. Gdansk, 2000. S. 7-8. Цитати в перекладі Миколи Зерова.

⁵ Максим Зелінський. Еволюція політичних поглядів Р.Дмовського щодо вирішення «українського питання» // Чорноморський літопис. Випуск 4, 2011. С. 16.

⁶ Roman Dmowski. Kwestia ukraińska // Archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Nowa Geopolityka, 2019, nr 1. S. 140–141.

⁷ Ibid. S. 148.

⁸ Александер Дулеба. Словацький націоналізм: історичні витоки і сучасні наслідки. Історія без міфів. 2 червня 2025 року.

⁹ Ľudovít Štúr. Slovanstvo a svet budúcnosti. Bratislava, 1993. S. 151.

¹⁰ Ibid. S. 115.

¹¹ Цит. за: Михайло Мольнар. Зустрічі братніх культур // Словаки і українці. Братислава-Пряшів, 1965. С. 95.

¹² Там само. С. 93.

¹³ Miklós Zrínyi. The Siege of Sziget. Translated by László Kőrössy. Washington, D.C.: The Catholic University of America Press, 2011. P. 9.

¹⁴ András Schweitzer. The Contemporary Relevance of István Bibó’s Theoretical Framework for Analyzing and Settling Territorial and State-Formation Conflicts // Intersections. East European Journal of Society and Politics, 1 (2), 2015. P. 146-167.

¹⁵ István Bibó. The Art of Peacemaking: political essays. Translated by Péter Pásztor. Yale University Press, 2015. P. 149-150.

¹⁶ Ibid. P. 141.

¹⁷ Ibid. P. 152.

¹⁸ Лучан Блаґа. Міоритичний простір. Переклад Єлизавети Єрмолаєвої. Київ, 2024. С. 186.

¹⁹ З перекладу Аліси Ложкіної.

²⁰ Лучан Блаґа. Міоритичний простір. Переклад Єлизавети Єрмолаєвої. Київ, 2024. С. 24.

²¹ Павло Тичина. Не Зевс, не Пан… // Антологія української поезії ХХ ст. Київ, 2017. С. 62.

²² Іван Вазов. Болгарська мова. Переклад Романа Лубківського // Роман Лубківський. Вибрані твори у двох томах. Том другий. Київ, 2015. С. 138.