Królewskie niegdyś miasto Żytomierz, obecnie największy ośrodek polskości na Ukrainie, miasto bezlitośnie zniszczone przez sowiecką artylerię w czasie drugiej wojny światowej – to najtrudniejsza z kresowych miłości w moim życiu.
Urbs aeterna, urbs celeberrima, urbs semper fidelis, urbs invicta… same przydomki budzą respekt. Co w zderzeniu z takimi potęgami ma czynić urbs Żytomierz? Na pierwszy rzut oka jest jedynie bezpłciową aglomeracją na drodze ze Lwowa do Kijowa – niechcianym i nikomu niepotrzebnym miastem obwodowym, które mogłoby rozkwitnąć chyba tylko w trzech przypadkach: gdyby Kijów przestał istnieć, gdyby przywrócić granicę z wytyczoną rozejmem andruszowskim w 1667 roku albo gdyby Ukraina podzieliła się na republiki kupieckie, jak średniowieczna Italia. Dodajmy, że każda z tych ewentualności byłaby dla naszych południowo-wschodnich sąsiadów fatalna.
Zgodnie z intuicją zwyciężyć powinno to, co bardziej funkcjonalne. Problem polega na tym, że funkcjonalna nie jest ani jedna, ani druga propozycja. Obie mogą funkcjonować co najwyżej na prawach etapu pośredniego, prowadzącego do nowoczesności – to słowo klucz, jeśli chce się zrozumieć współczesną Ukrainę – ale nimi jeszcze nie będąc.
Swoją drogą, gdyby w XX-leciu międzywojennym Polska wyszarpała dla siebie jaką egzotyczną, niezajętą później przez Sowietów część globu, to po II wojnie światowej miałaby się gdzie podziać i nie wisiałaby u klamki angielskiego ministra…
Na razie tablica pozostaje zasłonięta tak, jak miało to miejsce rankiem 20 maja. Wiemy, że jest i że została zawieszona na jednym z budynków w ścisłym centrum miasta, notabene u wylotu ulicy już wcześniej noszącej imię Lecha Kaczyńskiego. Aby nie być gołosłownym w zachwalaniu lokalizacji jako „ścisłego centrum miasta”, pozwolę sobie przytoczyć garść argumentów, które rzecz właściwie naświetlą. Nie ma przy tym znaczenia, czy przyjmie się historyczny, czy współczesny punkt widzenia.
A jeśli spojrzeć z perspektywy nowszej? Nowszej i co tu dużo mówić – mocno naznaczonej piętnem sowieckim? Proszę bardzo – też jesteśmy w centrum. Dwa place, stykające się rogami, stanowią serce Żytomierza: Soborna Płoszcza i Płoszcza Peremohy. U kraja tej pierwszej stoi budynek dźwigający tablicę Lecha Kaczyńskiego…
Posileni Bożym Słowem szparkim krokiem udajemy się, Polacy i Ukraińcy, na ulicę Lecha Kaczyńskiego, gdzie już zbierają się ludzie. Nagromadzenie osobistości stanowi przesłankę, by sądzić, że nie będzie to piękna, lecz niedostrzeżona przez nikogo uroczystość. Nic z tych rzeczy! Jeśli po stronie ukraińskiej zjawia się jeden z v-ce premierów Ukrainy, mer miasta, a po polskiej: minister w Kancelarii Prezydenta, v-ce marszałek Sejmu, grupa posłów oraz ambasador w Kijowie – fakt ten, nawet gdyby nikt nie powiedział ni słowa – przyciąga media, niczym magnes. Dodajmy, że dodatkową atrakcją – nie ma tu cienia złośliwości – był list wystosowany przez Jarosława Kaczyńskiego do organizatorów uroczystości. Mnie z tego adresu najmocniej wryły się w pamięć fragmenty, w których Prezes przekonywał, że jego Brat był gorącym orędownikiem likwidowania reliktów systemu komunistycznego w Europie i na świecie. W moim odczuciu powyższe słowa zabrzmiały niemal, jak punktowy akt oskarżenia.
Przemówienia, występy artystyczne, orkiestra grająca Mazurka Dąbrowskiego oraz Szcze ne wmerła Ukraina… To wszystko piękne i ważne, ale widać, że zgromadzeni czekają już tylko na opadnięcie woalu skrywającego tablicę. Trudno im się dziwić, wszak tamte rzeczy są na swój sposób przewidywalne, tu zaś – żyłka niepewności. Co będzie? Co pokażą?
I oto przybyłym ukazuje się kamienna płaszczyzna, która oprócz podobizny pomieściła raptem kilka słów. Dwujęzyczny komunikat informuje przechodnia, że patrzy na obiekt pielęgnujący „pamięć Lecha Kaczyńskiego 1949-2010, prezydenta Polski, przyjaciela Ukrainy”. Zdziwieni Państwo lakonicznością? A czy nie jest prawdą, że o rzeczach naprawdę wielkich należy mówić krótko? Inaczej, zgodnie z maksymą Talleyranda, popada się w śmieszność. Patos i rozwlekłość to zjawiska wzajemnie się wykluczające…
Morze kwiatów leżących pod tablicą pozostaje ostatnią migawką, którą unoszę pod powiekami, snując gorzkie rozważania, jak niewiele zmieniło się od momentu, gdy Jezus powiedział do uczniów, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju.
Jagiellonia.org / kresy24.pl / Dominik Szczęsny-Kostanecki
ZOBACZ TAKŻE:
W Żytomierzu odsłonięto tablicę ku czci Lecha Kaczyńskiego (FOTORELACJA)


Ostatnie komentarze