Polskie media o sprawie Poroszenki

W poniedziałek, 17 stycznia, piąty prezydent Ukrainy przyleciał z Warszawy do Kijowa. Miało to związek z wezwaniem go przez peczerski sąd rejonowy, przed którym Poroszenko może być sądzony w ponad 120 sprawach karnych, w tym o zdradę stanu. Wczoraj polityk usłyszał zaskakujący wyrok. Cała sprawa, mimo iż nie dotyczy Polaków bezpośrednio, znalazła żywy oddźwięk w rodzimych mediach.

Dominik Szczęsny-Kostanecki

Publicysta

W chwili, gdy piszę te słowa (noc 20 stycznia), prawna sytuacja Poroszenki została tymczasowo wyjaśniona. Mimo iż prokuratura zażądała dla byłego prezydenta dwumiesięcznego aresztu z możliwością zwolnienia za kaucją wysokości miliarda hrywien – ok. 140 mln złotych – sąd peczerski nie przychylił się do tego wniosku. Nie dał się również przekonać obronie postulującej zwolnienie podsądnego w trybie bezwarunkowym.

Zamiast tego stołeczna temida zobowiązała byłego prezydenta do nieopuszczania obwodu kijowskiego bez zgody śledczych albo sądu oraz do informowania wymiaru sprawiedliwości o zmianie miejsca pracy lub zamieszkania. „Król czekolady” musi również oddać paszport zewnętrzny, co należy odczytywać jak próbę odebrania mu możliwości krytykowania administracji Wołodymra Zełenskiego za granicą.

O CZYM PISZĄ WSZYSCY – JEŚLI PISZĄ

Media polskie, które odnotowały fakt powrotu Petra Poroszenki na Ukrainę – bynajmniej nie są to wszystkie media, o czym za chwilę – zwracają uwagę na fakt, że b. prezydent został oskarżony o zdradę stanu po tym, jak na wiosnę zeszłego roku wypłynęły tzw. taśmy Medwedczuka (podkreśla się prorosyjskość polityka), z których wynika, że w latach 2014-5 Poroszenko zatwierdził zakup węgla antracytowego od separatystów z Donbasu – proceder, w którym miał pośredniczyć były „obrońca” Wasyla Stusa.

Narracja gazet i portali internetowych co do zasady utrzymana jest w duchu utrzymywania równej odległości wobec Zełenskiego i Poroszenki. Z jednej strony nikt nie ma wątpliwości, że to właśnie aktualny prezydent odpowiada za wszczęcie śledztwa wobec swojego poprzednika, z drugiej jednak w dychotomicznym obrazie, jaki dominuje nad Wisłą – obrazie, w którym skądinąd słusznie Kijów reprezentuje siły światła, samozwańcze republiki znajdują się natomiast po ciemnej stronie mocy, zgubiono fakt, że węgiel został zakupiony w stanie wyższej konieczności spowodowanej kombinacją trzech istotnych czynników: niedoboru surowca, natychmiastowości dostaw oraz niskich temperatur.

Niektórzy gubili szczegóły inni natomiast „przespali” cały temat. Słabość polskich mediów w relacjonowaniu wydarzeń zagranicznych nie stanowi dla nikogo tajemnicy a mimo to należy wyrazić zdumienie, iż tą nie najbanalniejszą w końcu sprawą w najmniejszym bodaj stopniu nie zainteresował się aspirujący do roli najważniejszego medium na prawicy portal wpolityce.pl, z kolei „Rzeczpospolita” porzuciła ją po skądinąd niezłej publikacji 17 stycznia.

19 stycznia polskie media powtarzały przekaz pochodzący najprawdopodobniej z jednego źródła. Na kilku portalach można było przeczytać w zasadzie ten sam nagłówek sprowadzający się do komunikatu: „Poroszenko nie trafi do aresztu”. Jedynie Gazeta Wyborcza zwróciła uwagę na złożoność problemu, pisząc: „Poroszenko na wolności, ale z zakazem opuszczania Ukrainy i Kijowa”. Dość powszechnie natomiast wychwytywano paradoks wyłaniający się w toku wydarzeń. Oto bowiem były przywódca kraju oskarżony o najpoważniejsze przestępstwa, jakich może dopuścić się polityk, nie zostaje objęty chociażby dozorem policyjnym, o areszcie domowym – jak ma to miejsce w przypadku Medwedczuka – nie wspominając.

O CZYM PISZĄ NIEKTÓRZY

Zaczynając od rzeczy stosunkowo błahych – portal rmf24.pl (materiał niepodpisany) daje do zrozumienia, że jakkolwiek Poroszenko zaklinał się na wszystkie świętości, że jego europejskie tournée nie ma nic wspólnego z ucieczką przed odpowiedzialnością karną, to jednak lider partii Europejska Solidarność zdecydował się na powrót dopiero wówczas, gdy na początku stycznia sąd zajął jego majątek. Wyczuwa się tu delikatny przytyk wobec Poroszenki – oligarchy w całym tego słowa znaczeniu, dla którego pieniądze wydają się być ważniejsze, niż walka w obronie własnego imienia przed wymiarem sprawiedliwości i całym narodem.

Tymczasem zarówno „Rzeczpospolita” piórem Andrzeja Łomanowskiego – w najpoważniejszej jak dotąd analizie rozgrywki między dwoma prezydentami – jak i „Dziennik Gazeta Prawna” w osobie Michała Potockiego zwróciły uwagę na fakt, że w obliczu koncentracji wojsk rosyjskich przy granicy z Ukrainą, tamtejsze społeczeństwo żyło w ostatnich dniach – zwłaszcza w poniedziałek – tematem cokolwiek zastępczym. Pada tu sugestia, że gdyby nie zagrożenie ze strony agresywnego imperium, sprawa Poroszenki zasługiwałaby na to, by poświęcać jej gros publicznej uwagi, jednak w obecnej sytuacji jest to co najmniej dziwne (Potocki), czy wręcz stanowi doskonały prezent dla Putina, mogącego teraz o wiele łatwiej przeprowadzić nad Dnieprem stosowną kombinację wojskowo-polityczną (Łomanowski).

Nawiasem mówiąc obie tezy, jakkolwiek publicystycznie atrakcyjne, skażone są uproszczonym rozpoznaniem problemu. Przebywam w tych dniach na Ukrainie, śledzę tutejsze kanały informacyjne, i muszę stwierdzić, że o ile w poniedziałek, istotnie, nie było w prime time innego tematu, o tyle wczoraj, mimo iż część reflektorów skierowana została na „temat zastępczy”, czemu zresztą trudno się dziwić, zważywszy wyczekiwanie na wyrok sądu peczerskiego, jak również na spacyfikowane przez policję manifestacje zwolenników ex-prezydenta, to jednak zagrożenie ukraińskiego bytu państwowego jako takiego odzyskuje należne mu miejsce.

Słusznie jednak powiada Łomanowski, argumentując, iż między dwiema głównymi siłami generującymi dynamikę życia publicznego w kraju doszło do swoistego pata. Symboliki tego klinczu upatruje autor w tym, jakie okoliczności towarzyszyły poniedziałkowemu powrotowi Poroszenki: żaden z liczących się polityków nie przyjechał, by na Żulanach powitać „króla czekolady”. Ale też żaden z liczących się polityków nie pojawił się, by wesprzeć szóstego prezydenta Ukrainy, Wołodymra Ołeksandrowicza Zełenskiego.

Dominik Szczęsny-Kostanecki

Dominik Szczęsny-Kostanecki

Share
Published by
Dominik Szczęsny-Kostanecki