Ostatnio Paweł Kukiz, w reakcji na kolejną, kuriozalną, atakującą i grożącą Polsce wypowiedź Martina Schulza, niemieckiego polityka, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, stwierdził: „Wnuki faszystów nie będą mnie uczyły demokracji”. Jednak ta wypowiedź wydaje się zbyt łagodna (co jak na Kukiza dziwne). Stwierdzenie powinno być ostrzejsze: to Martin Schulz jest dzisiaj faszystą, który usiłuje nas uczyć demokracji.

Oczywiście tak ostry tytuł jest w pewnej mierze prowokacją. Może też sugerować traktowanie języka w gazetowyborczy sposób – przez użycie terminu „faszyzm” jako sposobu opisu dowolnego przeciwnika politycznego i wypłukania jego realnego sensu. Pozwólcie mi więc się wytłumaczyć.

Panie, co to ten faszyzm?

Dawid Wildstein

Dawid Wildstein

Faszyzm jest terminem z zakresu historii politycznej i historii idei. Jest też jednym z najbardziej zgwałconych znaczeniowo pojęć, głównie za sprawą komunistycznej machiny propagandowej, która za pomocą tego słowa określała każdego swojego wroga, nieważne, kim by był. Retorykę tę skwapliwie przyjęła lewica europejska, kontynuując, już długo po upadku ZSRS, pomieszanie znaczeń. Gdyby chcieć stworzyć definicję faszyzmu pod kątem sposobu używania tego pojęcia, brzmiałaby ona po prostu: to zjawisko, które nie odpowiada lewicy. Tę sytuację ułatwia dodatkowo fakt, że już u swojego źródła faszyzm był ruchem wyjątkowo wielowątkowym, niespójnym, dość zmiennym w zależności od ekosystemu, w którym się rozwijał. Można jednak spróbować opisać kilka jego cech. Po pierwsze (o czym teraz nagminnie się zapomina), faszyzm był ruchem skrajnie rewolucyjnym, antykonserwatywnym, postępowym, modernistycznym. Wypływał z pogardy dla dotychczasowych norm cywilizacji, jej aksjologii, wierzył w możliwość realizacji poprzez właściwe kontrolowanie mas ludzkich za pomocą instytucji państwowych, postępu i nowej utopii. Stosunek faszystów do religii był negatywny; postrzegali ją oni jako czynnik hamujący rozwój oraz jako konkurencję dla monopolu państwa do kontrolowania społeczeństwa. Jeśli dochodziło do przymierza – był to sojusz czysto taktyczny, nie ideologiczny. Po drugie, faszyzm definiował stosunek do państwa: państwo jawiło się faszystom jako jedyny, konieczny element rozwoju, a jego rozrost, idolatria jego instytucji, nadanie im jak najszerszych prerogatyw, możliwości plastycznego formowania człowieka – to jedyna droga do zmiany tego świata na lepsze. Z konieczności wyklucza to demokrację i parlamentaryzm, gdzie (przynajmniej w teorii) to obywatele kształtują przestrzeń polityki. Państwo to ostateczny rezultat postępu ludzkiego, więc jemu należy się największy szacunek. Największą pogardą zaś należy obdarzyć to, co prymitywne, barbarzyńskie, nie dość „postępowe”. Antropologia faszyzmu to nacisk na plastyczność natury ludzkiej w relacji do instytucji politycznych. Z powodu tej idolatrii państwa faszyzm nie był u swojego źródła ani rasistowski, ani nacjonalistyczny. O rasizmie Benito Mussolini wyrażał się negatywnie, miał powiedzieć, że to teoria dobra dla psów, nie ludzi. Nacjonalizm zaś jest wtórny wobec państwa. Jeśli służy on utrwalaniu wierności i dyspozycyjności jednostki wobec instytucji państwowych, jest akceptowalny – tylko wtedy. Stąd akceptacja radykalnej nawet eugeniki jako narzędzia tworzenia narodu bardziej przydatnego do służby państwu. Takie podejście do faszyzmu umożliwiło zresztą powstanie międzynarodówki faszystowskiej.

Jak więc widać, faszyzm jest już u swojego początku ruchem ideologicznie miękkim, czyli kładącym nacisk głównie na proces, praktykę i mechanizm, pozwalając, w zależności od potrzeb danej chwili, na dość swobodne żonglowanie ideami, aby osiągnąć cel. Można powiedzieć, że w wypadku faszyzmu bardzo wiele idei wypływało nie z samej jego specyfiki, ale było branych z zewnątrz, z ekosystemu kulturowo-politycznego, w którym się pojawił. Dlatego bardzo specyficznym rodzajem faszyzmu jest niemiecki nazizm. Jego rasizm i dość groteskowa fiksacja na punkcie germańskiej plemienności i pogaństwa wynikały z klimatu intelektualnego panującego już wiele lat wcześniej. Wręcz wieki wcześniej. Z panującego w niemieckiej kulturze przekonania o prymitywności Wschodu, z trwającego już od wieków poczucia, że to, co na wschód od Niemiec, to zgraja barbarzyńców, którym Berlin winien nieść pochodnię postępu, których powinien edukować, wyrywać z brudu i chaosu, w którym trwają. Z wiary we własną misję cywilizacyjną, która, połączona z rewolucyjnym faszyzmem i scjentystycznym rasizmem elit, zamieniła się w ludobójstwo.

Prawdziwi faszyści?

Mając pełną świadomość zmiany kontekstu historycznego i geopolitycznego, warto jednak się zastanowić, do jakiego stopnia wspomniane wyżej elementy faszystowskiej doktryny cechują także sposób działania elit brukselskich i berlińskich, których idealnym reprezentantem wydaje się Martin Schulz. Istna erupcja wściekłości, jaka nastąpiła ze strony tego polityka w związku ze zmianą władzy w Polsce, nie powinna nam przysłonić prostego faktu, że jest to polityk konsekwentny i reprezentujący dziś najbardziej wpływowe środowisko w Unii Europejskiej. Papierek lakmusowy czegoś dużo poważniejszego niż on sam. Jest to więc polityk konsekwentnie uznający prymat biurokratycznych instytucji Unii nad wewnętrznymi decyzjami parlamentów państw członkowskich, więcej, woli narodów. Dążący więc, poprzez odpowiednie ustawienie relacji – instytucje UE i państwa członkowskie, do możliwie silnego ograniczenia wartości parlamentaryzmu i demokracji tych ostatnich. Jednocześnie umiejętnie łączący to z bardzo starannym pilnowaniem interesu niemieckiego, gdy przychodzi do naprawdę radykalnych decyzji. Najwyraźniej cechy te uwidoczniły się w sytuacji kryzysu greckiego oraz kryzysu związanego z emigrantami/uchodźcami. W tym drugim wypadku usiłowano z państw naszego regionu stworzyć system filtracyjny dla Berlina (przesiewający emigrantów/uchodźców i puszczający dalej tylko tych, którzy spełnią wymogi niemieckie) oraz poprzez system kwotowy wprowadzić regulacje, które w przyszłości mogły stać się przyczynkiem do znaczących ingerencji w suwerenne decyzje państw członkowskich. Jednocześnie, gdy wsłuchać się w argumentację, jaką wtedy posługiwał się Schulz i jemu podobni – była ona wręcz ostentacyjnie kolonizacyjna. Słuchajcie, chamy, tych, co przynoszą wam cywilizację, wasze barbarzyństwo jest już wszystkim znane, nie pasujecie do naszego świata – czas się zmienić. Zresztą Schulz jest przecież także idealnym dzieckiem współczesnej lewicy. Z jej postulatami ograniczania wolności słowa w imię politycznej poprawności, możliwie dużej ingerencji instytucji państwowych w tkankę społeczną, akceptacją dla eugeniki.

Dziś, gdy okazało się, że wola narodu polskiego skutkuje wyborem polityków, którzy są gotowi przeciwstawić się Berlinowi i Brukseli, Martin Schulz nie ma żadnych oporów, by podważać te decyzje, grozić Polsce, znów posługiwać się zestawem stereotypów sugerujących, że Polacy z ich decyzjami nie są wystarczająco dojrzali do zadań, jakie stoją przed UE. Że najlepiej byłoby ich jak najszybciej wyedukować, jeśli trzeba, nawet wbrew ich woli, ponadto posługiwać się formami nacisku i ograniczania suwerenności, jakie posiadają w swoim arsenale instytucje Unii Europejskiej.
Wszystkie te decyzje i wypowiedzi, niestety, gdy im się przyjrzeć, ujawniają wspomniane komponenty faszyzmu: idolatrię instytucji nad jednostką, niechęć do demokracji i parlamentaryzmu, wreszcie pogardę, wręcz nienawiść, do wciąż zacofanych, prymitywnych tubylców za wschodnią granicą Niemiec, którzy nie rozumieją dziejowej roli Berlina, nie chcą przyjąć europejskiego kaganka oświaty i nadal trwają w swoich reakcyjnych kliszach.
Te wszystkie elementy każą stwierdzić, że jeśli gdzieś szukać dziś spadkobierców faszyzmu, to nie w Warszawie na Nowogrodzkiej, ale w salonach Unii Europejskiej.

Prawdziwi wrogowie UE

Unia Europejska jest dla nas skarbem, a fakt, że do niej weszliśmy – naszą dziejową szansą. Takie zdanie może brzmieć dziwnie dla czytelników naszej gazety, ale, proszę Państwa, niech się Państwo sami zastanowią – nie chodzi nawet o strumień dotacji, ułatwień w handlu czy dużo swobodniejszy przepływ technologii, co umożliwiła nasza akcesja. Najistotniejszym elementem jest kwestia naszej nowej pozycji geopolitycznej w stosunku do Rosji. W ostatecznym rozrachunku geopolitycznie UE okazała się dla nas koniecznym etapem radykalnego zerwania więzi z Moskwą i znacznego wyrwania się spod jej wpływów. Zwłaszcza w tym najważniejszym w dzisiejszych czasach segmencie, czyli energetyce. Umożliwiła też (co krótko próbował zrobić Lech Kaczyński, a co zupełnie zniszczył proberliński koniunkturalizm Platformy Obywatelskiej) wykorzystanie szansy zbudowania sojuszu państw regionu, którego moglibyśmy być liderem. Warto też pamiętać, że Unia często ratowała nas przed patologiami naszych własnych rządów.

Najlepszym przykładem jest podpisana z Gazpromem umowa gazowa z 2012 r., przez którą Waldemar Pawlak, przy akceptacji Donalda Tuska, doprowadził do wieloletniego, skrajnego uzależnienia Polski od rosyjskiego gazu. Na szczęście umowa ta została zablokowana przez Unię Europejską, która uznała, że kontrakt ten dawał zbyt silną pozycję Gazpromowi. W ten sposób UE uratowała nas przed prorosyjskimi działaniami naszych rządzących. Pamiętajmy o tym, sarkając następnym razem na UE.

Unia wcale nie taka zła

Oczywiście nie znaczy to, że w obrębie Unii nie trwają i nie rozrastają się najgorsze patologie, będące dla naszego państwa, jego suwerenności, zagrożeniem. Niemniej jednak warto zauważyć, że w tym bycie, jakim jest UE, stają się one naprawdę groźne dopiero wtedy, gdy połączone zostaną z odpowiednio układnym bądź, jak to było w wypadku PO, wręcz zdradzieckim rządem. Jeśli politycy polscy są dostatecznie silni, by nie dać się skorumpować na salonach Berlina i Brukseli, sam mechanizm UE daje odpowiednie narzędzia do obrony.

Dlatego też ewentualny upadek Unii Europejskiej jest dla nas zagrożeniem, pozbawiając nas chociażby wielu punktów obrony przed rosyjskim wpływem. Warto tu spojrzeć na działania najbardziej antyunijnych partii europejskich, których dojście do władzy może skończyć się krachem tego tworu. Bez specjalnego skrępowania większość z nich zachwyca się Putinem, a nawet bierze od niego pieniądze. Taki jest casus chociażby Frontu Narodowego i Marine Le Pen, najsilniejszej partii antyunijnej. Nie chodzi tu tylko o explicite wyrażane zachwyty nad polityką Putina, nad jego „męskością” – ale o konkretne postulaty (np. z zakresu energetyki europejskiej), sytuacji geopolitycznej i ekonomii, w których Le Pen głośno stwierdza, że nasz region powinien zostać oddany pod patronat Moskwy. Co gorsza, Front Narodowy funkcjonuje dzięki gigantycznym pożyczkom, jakich udzielają mu rosyjskie banki. Warto, by ci Polacy, którym FN tak imponuje swoją np. antyemigrancką postawą, mieli świadomość, kim naprawdę jest Le Pen.

Jednak Le Pen i coraz silniejsze tendencje antyunijne to skutek, a nie przyczyna. Przyczyną zaś jest arogancja i buta decydentów UE pokroju Schulza. Buta każąca negować oczywiste zagrożenia i patologie związane z emigracją i polityczną poprawnością. Agresja każąca instytucjom UE coraz mocniej ingerować w prerogatywy państw narodowych, cenzurująca próby sprzeciwu. Bezczelność retoryki i publiczne pomiatanie suwerennymi decyzjami narodów państw UE to prawdziwe zagrożenie dla Unii. Nie zniszczy jej bowiem, wbrew bełkotowi mainstreamu, Jarosław Kaczyński, od lat reprezentujący sensowną i umiarkowaną linię prounijną, rozumiejąc tak szanse, jak i zagrożenia naszej bytności w tym tworze. Nie zniszczy jej Viktor Orbán. Nawet nie zniszczy jej Władimir Putin. Unia może zniszczyć się sama. To agresywna, nastawiona na konflikt, zachłanna, antydemokratyczna, mająca za nic wolę obywateli państw członkowskich polityka ludzi pokroju Schulza jest prawdziwym zagrożeniem. I leży jak najbardziej w interesie Putina, coraz mocniej skłócając ze sobą państwa członkowskie, powodując odwrót ludzi od wiary w UE i identyfikacji z nią. Stąd druga część tytułowego pytania tekstu – o rolę Martina Schulza.

niezalezna.pl