0004_RudnickiOd momentu uzyskania przez Ukrainę niepodległości w środowisku ukraińskich humanistów ukształtowały się dwa podejścia do problemu dziedzictwa historycznego, nazwijmy je „kozacki” (a raczej „kozacko-chłopski”, czyli „narodowy”) i „szlachecki”. Choć żeby być w zgodzie z prawdą to na początku lat 90. ubiegłego wieku pochylono się nad kwestią dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego i Rzeczypospolitej. Tradycja „narodowa” zaś zaczęła się kształtować już u zarania XIX wieku, przez dziesięciolecia ulegając modyfikacji w zależności od koniunktury politycznej.

Po trwających prawie ćwierćwiecze dyskusjach między przedstawicielami obu nurtów, na konferencjach naukowych czy w mediach, historycy zgodzili się, że obie tradycje nie tylko współistnieją, lecz także wzajemnie się uzupełniają.

Państwo jednak, jak zwykle, nie nadąża za naukowcami. Wciąż nie dokonano rozpoczętego prawie dziesięć lat temu przeglądu podręczników szkolnych do historii, wśród zdekomunizowanych nazw ulic nieczęsto spotyka się imiona postaci czasów Rzeczypospolitej Dwojga Narodów. Cztery wieki historii ojczystej pozostają „wyrzucone” ze świadomości społecznej.

Rzeczpospolita nigdzie się nie podziała

Wybitny historyk ukraiński Michał Hruszewski, opisując najbliższe otoczenie Bogdana Chmielnickiego, trafnie nazwał je „dawnymi ludźmi Rzeczypospolitej”. Większość z nich, w tym sam Bogdan Chmielnicki, była bowiem szlachcicami z pochodzenia, miała herby rycerskie i związane z tym przywileje, z których najważniejszym było prawo posiadania ziemi.

Zachowanie tradycji herbowych nie było jedyną oznaką powielania przez Hetmańszczyznę porządku I RP. Sam jej system administracyjno-wojskowy (pułkowy) odwzorowywał podział I Rzeczypospolitej na starostwa, prawo zwyczajowe zaś zostało skodyfikowane na podstawie Statutu litewskiego. Ustrojem Hetmańszczyzny, podobnie jak Rzeczypospolitej, była demokracja szlachecka, w której pełnią praw cieszył się tylko ukraiński „naród polityczny”, tj. szlachta kozacka. Miasta zachowały odziedziczone po Lachach prawo magdeburskie (w Łubniach, na przykład, prawo to obowiązywało już w latach 40. XVIII wieku); cechy rzemieślnicze, ten rudymentarny element gospodarki średniowiecza, istniały w niektórych miastach Ukrainy Lewobrzeżnej do pierwszej połowy XIX wieku.

0001_Książę-kozak

Książę-kozak. Dymitr Wiśniowiecki herbu Korybut (ur. przed 1535, zm. 1563) – przez kozaków zwany Bajdą

Na zadnieprzańskiej Wiśniowiecczyźnie dawni poddani Wiśniowieckich zachowali na własność dzierżawione działki (lub „służby”). Tradycje „służb”, funkcjonujące na Zadnieprzu od drugiej połowy XVI wieku, przeszły również do kozackiej Ukrainy. Jednym z popularyzatorów tej formy własności był łubieński ród Rusenowiczów, dobroczyńców monasteru Mgarskiego (Makar Rusenowicz został nawet jego ihumenem). Bardziej znany jest ród Apostołów. Poddany księcia Jeremiasza Wiśniowieckiego Paweł Apostoł otrzymał od niego w dzierżawę wieś Chomuciec, zdołał zachować te ziemie do czasów Hetmańszczyzny; później dosłużył się stopnia pułkownika hadziackiego, a jeszcze później mirhorodzkiego. Jego synem był Daniel Apostoł (1654-1734), hetman lewobrzeżnej Ukrainy.

Także w trybie życia ukraińskich nuworyszów dało się zauważyć ślady zwyczajów panujących w Rzeczypospolitej. Tworząca elitę wśród Kozaków starszyzna kozacka podczas powstania Chmielnickiego zajmowała miejsce magnaterii. Przejmowała opuszczone przez nią na czas walk majątki. Latyfundia litewsko-ruskich i polskich magnatów zmieniały właścicieli. Nowa ukraińska oligarchia kopiowała styl życia polskiej arystokracji, ustalała wielkość pańszczyzny dla poddanych, a niektórzy nawet, wzorem Wiśniowieckich czy Ostrogskich, zakładali prywatne wojska. Na przykład Daniel Apostoł według doktora nauk historycznych Borysa Czerkasa dysponował jedną z najliczniejszych prywatnych armii w Hetmańszczyźnie, składającej się z chorągwi szlacheckich, dwóch nadwornych i czterech kureni strzelców, mimo że nie był jeszcze hetmanem, tylko pułkownikiem mirhorodzkim.

Warto dodać, że stanowisko pułkownika Daniel Apostoł odziedziczył po ojcu – jeszcze jedna typowa cecha późnej Rzeczypospolitej, kiedy stanowiska w aparacie państwowym i w wojsku przechodziły z ojca na syna.

Na konferencji naukowej „Polsko-ukraińska współpraca wojskowa na przestrzeni dziejów”, która w połowie grudnia 2015 roku odbyła się w Ambasadzie RP w Kijowie z udziałem historyków z Ukrainy i Polski, doktor nauk historycznych Oleksij Sokirko zwrócił uwagę na to, że Hetmańszczyzna zachowała istotne elementy Rzeczypospolitej w organizacji wojska, wprowadziwszy doń swoją specyfikę. „Jest to przede wszystkim trzystopniowa struktura wojska: ochotnicy, korpus wojska najemnego oraz korpus artylerii” – powiedział Sokirko. W Rzeczypospolitej pierwsze ogniwo stanowiło pospolite ruszenie szlachty, natomiast w Hetmańszczyźnie – ochotnicy kozaccy. Drugie ogniwo: w Rzeczypospolitej – wojsko kwarciane (później komputowe), w Hetmańszczyźnie zaś wojsko ochotnicze.

„I nie jest to tylko podobieństwo na papierze – dodał uczony. – Na przykład hetman Iwan Mazepa w swoich uniwersałach niejednokrotnie nazywa wojsko zaporoskie »Rzeczypospolitą kozacką«. Warto również uwzględnić to, że faktycznie do początku XVIII wieku wojskowo-polityczne dowództwo Hetmańszczyzny obejmowały osoby stanu szlacheckiego, była to okozaczona szlachta”.

„A tam na jedną czwartą dawny nasz naród”…

Ten wers ze znanej pieśni Włodzimierza Wysockiego, ułożonej co prawda z innych pobudek, świetnie nawiązuje do tekstu z „Historii Rzeczypospolitej Wielu Narodów 1505-1795” polskiego historyka Andrzeja Sulimy Kamińskiego. Kamiński pisze w nim o tym, że dziedzictwo Rzeczypospolitej tworzyły wszystkie narody, które ją zamieszkiwały, i „błędne są zarówno polskie próby zawłaszczenia tego dziedzictwa, jak i białoruskie, litewskie czy ukraińskie usiłowania wykreślenia jej ze swojej przeszłości”.

Doktor historii, prof. Uniwersytetu Warszawskiego Mirosław Nagielski poświęcił tej sprawie referat, który zaprezentował w czasie wspomnianej konferencji. Powołał się w nim na cały szereg bitew i wojen, w których wspólnie brali udział polscy żołnierze i ukraińskie kozactwo: bitwa pod Kłuszynem (1610), wojna smoleńska (1632-1634), bitwa pod Ochmatowem (1644), obie bitwy pod Chocimiem (1621 і 1673) itd. Jednak obecni zwrócili uwagę na to, że w przywoływanych przykładach chodziło raczej o „współpracę polsko-kozacką”, tymczasem wojskową historię całej Rzeczypospolitej Jagiellońskiej i właśnie Kozaczyzny tworzyli nie tylko etniczni Polacy czy etniczni Rusini (Ukraińcy). Dla obu – Rzeczpospolitej i Kozaczyzny –charakterystyczne jest wzajemne przenikanie się obu narodów. Jeżeli chodzi o Kozaczyznę, to zwłaszcza w jej początkach (pierwsza połowa XVI w.) wśród jej organizatorów zauważymy Polaków: Przesława Lanckorońskiego, Jakuba Secygniowskiego, Bernarda Pretwicza. Na cześć tego ostatniego Rada Miasta Winnicy nazwała w ubiegłym roku jedną z ulic (ul. Kujbyszewa).
W trakcie dyskusji przypomniano piękną kartę ukraińsko-polskiej współpracy wojskowej, czyli wspólną walkę ukraińskich Kozaków i polskich żołnierzy przeciwko tatarskim najazdom pod dowództwem strażnika wielkiego koronnego Stefana Chmieleckiego (1580-1630), „starszego nad ukraińskimi wojskami”, późniejszego wojewody kijowskiego, który Kozaków szanował jak braci broni i sam był przez nich szanowany. Chmielecki to niesłusznie zapomniana na Ukrainie postać, godna tego, aby stać się symbolem ukraińsko-polskiego sojuszu i porozumienia. Nawiasem mówiąc, jak oznajmił w czasie konferencji Mirosław Nagielski, obecnie w Polsce jest opracowywana akademicka biografia Stefana Chmieleckiego.

Kolejny Polak – chociaż mówi się również o jego ruskim pochodzeniu, przynajmniej po stronie ojca – katolicki biskup kijowski Józef Wereszczyński (ok. 1530-1598) również zasługuje na miejsce w historii ukraińskiej myśli państwowej. Dla przeciętnego czytelnika może się to wydawać dziwne, ale właśnie do Wereszczyńskiego, a nie Bogdana Chmielnickiego należy autorstwo idei ukraińskiego państwa kozackiego o ustroju pułkowym z „księciem zadnieprzańskim”, lojalnym wobec Rzeczypospolitej, na czele. Biskup Wereszczyński przedstawił ją w swych dziełach, z których najsłynniejszym jest „Wojsku Zaporoskiemu najjaśniejszy wykaz” (1596).

Czy Chmielnicki zapoznał się z tym i innymi tekstami Józefa Wereszczyńskiego – niestety, nie wiadomo.

Na koniec można jeszcze dodać, że to właśnie rusko-litewska magnateria była najbogatsza i najbardziej wpływowa w Rzeczypospolitej. Ostrogscy, Zbarascy, Czartoryscy, Koreccy, Wiśniowieccy, Tyszkiewiczowie – wszystko to ukraińska, a nie polska arystokracja. Także na niższym poziomie przedstawiciele Rusinów w strukturach politycznych i wojskowych Rzeczpospolitej byli zauważalni. Warto w tym miejscu przywołać chociażby pracę doktora historii Tarasa Czuchliba „Wiedeń 1683: Ukraina-Ruś w walce o »złote jabłko« Europy” („Klio”, 2012), gdzie wymieniani są ruscy (ukraińscy) uczestnicy bitwy pod Wiedniem (1683), którzy bili się w oddziałach pancernych i husarii. I chociaż wniosek ukraińskiego naukowca, że około dwóch trzecich walczących w tej bitwie po stronie Rzeczypospolitej było Rusinami (Ukraińcami), wydaje się jego kolegom zbyt śmiały, to nawet tacy znani polscy uczeni jak dr Zbigniew Hundert uważają, że udział etnicznych Rusinów w tamtych wydarzeniach był znacznie większy niż półtorej setki zaporoskich Kozaków, o których mówi się w ówczesnych dokumentach. Jego zdaniem sporo dowódców armii Sobieskiego dali ruscy emigranci z Podola oraz pochodzący z Czerwonej Rusi, a nawet województwa kijowskiego.

24 października 2014 roku we wsi Hodów na Tarnopolszczyźnie odsłonięto odnowiony pomnik husarii i pancernych, którzy w 1694 roku przez sześć godzin w liczbie czterech setek odpierali atak sto (!) razy liczniejszych sił tatarskich. Obrońcami Hodowa dowodził 27-letni pułkownik husarii Jan Konstanty Zagorowski, potomek wołyńskiego rodu prawosławnego Zagorowskich, z którego pochodzi kasztelan bracławski Bazyli Zagorowski (?-1580). Testament kasztelana bracławskiego uważa się nie tylko za dokument historyczny, lecz także zabytek dawnej literatury ukraińskiej.

Połączenie „Rusi z Rusią”

Proces uświadamiania sobie przez intelektualistów ukraińskich dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego i Rzeczypospolitej dla wielu z nich zaczął się w 1993 roku od książki Natalii Jankowenko „Ukraińska szlachta od końca XIV do połowy XVII wieku) („Naukowa dumka”, Kijów, 1993 r.; na nowo wydana przez wydawnictwo „Krytyka” w 2008 r.) i eseju lwowskiego pisarza Jurija Wynnyczuka „Małoruski masochizm” („Post-postup”, 1993 nr 44-46). Obecnie, kiedy po ponad dwudziestu latach liczba tego rodzaju intelektualistów osiąga masę krytyczną i nawet zajadli kozakofile uznają rolę szlachty w tworzeniu ukraińskiej tożsamości, warto zadać pytanie o połączenie „kozackiego” i „szlacheckiego” dyskursu nie tylko wśród humanistów – co mniej więcej się odbywa – lecz także wśród zwykłych ludzi. I zacząć od podręczników szkolnych i toponimii (nazewnictwa).

Przypomnijmy, że już w 2007 roku przy ukraińskim Instytucie Pamięci Narodowej i przy wsparciu Ministerstwa Nauki i Edukacji powołano specjalną komisję monitoringową ds. analizy i poprawy podręczników do historii. Na czele komisji stanęła dr historii Natalia Jankowenko. Ale kiedy w roku 2010 władzę przejął Wiktor Janukowycz i Ministerstwo Nauki i Edukacji zostało skierowane w stronę russkowo mira, komisja zakończyła swoją działalność i od tamtego czasu jej nie wznowiła.

Jeżeli chodzi o nazewnictwo, nie można powiedzieć, że niczego nie zrobiono w tym zakresie. Jeszcze w 2008 roku w Łubniach (bodaj czy nie jedynym mieście na Ukrainie, któremu udało się dokonać całkowitej dekomunizacji nazw, przynajmniej na poziomie postanowień uchwalonych przez władze miasta) pojawiła się ulica książąt Wiśniowieckich. W czerwcu 2013 roku, na kilka miesięcy przed rewolucją godności, dawna ulica Krasnodońców w Łucku została ulicą Książąt Ostrogskich, ulica Zemnuchowa – książąt Rużyńskich, Tiulenina – Piotra Mohyły. W miejscowości Radziwiłłów na Rówieńszczyźnie planowano przetopić pomnik Lenina na pomnik założyciela miasta, słynnego wodza Wielkiego Księstwa Litewskiego Mikołaja Radziwiłła Czarnego (1515-1565). Od maja 2015 roku obowiązuje pakiet ustaw dekomunizacyjnych, który nakazuje usunięcie z przestrzeni publicznej symboli komunistycznych. W tym czasie dziedzictwo „polsko-litewsko-ruskie” znalazło odbicie w nazwach ulic chyba tylko w Winnicy. Tam pod koniec ubiegłego roku dzięki staraniom entuzjastów na mocy uchwały rady miejskiej ulicę Kujbyszewa przemianowano na bohatera wczesnej Kozaczyzny Bernarda Pretwicza, Michajliczenki – na metropolity Piotra Mohyły, Swierdłowa – na książąt Koriatowiczów.
I to właściwie tyle.

Przy okazji warto powiedzieć, że ulicy Piotra Mohyły nie ma w Kijowie, chociaż była kiedyś (obecnie Kopyłenki).

Jeżeli chodzi o Kijów i wiele innych miast, większość nowych nazw jest związana z postaciami okresu Kozaczyzny lub XX wieku. Byli to niewątpliwie znamienici ludzie i nikt nie mówi, by z Kozaczyzny rezygnować. Bo czy nam się to podoba, czy nie „powstanie kozackie XVII wieku – jak swego czasu zauważył doktor historii Jarosław Grycak – miało decydujące znaczenie dla umocnienia ukraińskiej tożsamości”. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jednak nie wolno zapominać, że początki ukraińskiej tożsamości europejskiej, wejścia Ukrainy do rycerskiego grona narodów Europy, wszystko, co czyni ją „nie-Rosją” w każdym znaczeniu tego słowa, leżą właśnie w czasach państwa litewsko-ruskiego i Rzeczypospolitej.

A zatem w Kijowie musi się znaleźć miejsce dla upamiętnienia i Stefana Chmieleckiego, i Józefa Wereszczyńskiego, i Piotra Mohyły, i książąt Olelkowiczów, a także wielu wojewodów kijowskich, m.in. Symeona Fryderyka Prońskiego (?-1555), również bohatera wczesnej Kozaczyzny, Grzegorza Chodkiewicza (ok. 1513-1572), żołnierza i mecenasa, później wielkiego hetmana litewskiego czy Stanisława Żółkiewskiego (1547-1620), wybitnego wodza i męża stanu Rzeczypospolitej.

Ten ostatni szczególnie zasługuje na uwagę nie tylko jako człowiek tolerancyjny i wykształcony, roztropnie sprawujący rządy nad województwem kijowskim. W literaturze historycznej Żółkiewskiemu jako pochodzącemu z Galicji, przypisuje się po części pochodzenie ruskie. Szeroko znany jest przede wszystkim jako Europejczyk, który zdobył Moskwę. Nasz krajan dokonał tego prawie dwieście lat przed Napoleonem! Zgódźcie się, teraz to brzmi bardziej niż aktualnie.

Czy Ukraina ma szansę na oswojenie „utraconego” historycznego okresu czterech stuleci (!), szansę na drugą próbę? Czy proces ten okaże się pomyślny i w jaki sposób może to się stać? Fachowcy oceniają perspektywę tego jako wiele obiecującą. „Pozwala to na rozwiązanie od razu kilku problemów. Po pierwsze – stworzenie konstruktywnej wspólnej tradycji. Po drugie – »reelityzację« ukraińskiej narracji historycznej. Po trzecie – rozwiązanie problemu »narodnictwa« w historii. Kozacy to stan wojowników, a nie rolników, to »ludzie rycerscy«, jak sami siebie nazywali. Umożliwia to nam danie dostojnego miejsca Lipińskiemu, nie poniżając Hruszewskiego, stworzenie świadomej linii od późnego średniowiecza do modernizmu, gdzie Ukraińcy byliby rzeczywiście podmiotami procesu historycznego” – powiedziała w komentarzach dla „Historycznej prawdy” współpracowniczka naukowa Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego Ołesia Isajuk.

I jeszcze jedno, co prawda być może zbyt utopijne jak na dziś, jednak ośmielę się przypuścić, że opanowanie tradycji państwa litewsko-ruskiego i Rzeczypospolitej umożliwi zwrócenie w stronę Ukrainy chociażby części przedstawicieli polonizowanych ruskich rodów, z których większość utożsamia się z Polakami co najmniej od XVII-XVIII wieku. Rzecz jasna, nie oznacza to, że oni wszyscy i od razu rzucą się działać na rzecz swojej historycznej ojczyzny. Ale nie można powiedzieć, że uwaga z ich strony w tej czy innej formie jest dla nas nieważna. Jednak w warunkach dominującego dyskursu „narodnickiego” jest to faktycznie wykluczone.

Jeżeli historię Ukrainy rozumieć jako to, co działo się w jej granicach państwowych w ciągu pięciu stuleci, to wydaje się, że dla lepszego zrozumienia tych wydarzeń i procesów, współistnienia i wzajemnego uzupełnienia dwóch tradycji intelektualnych, a także wprowadzenia jej do świadomości przeciętnego Ukraińca po prostu się nie da uniknąć. W fizyce współistnieją teorie światła: korpuskularna i falowa, które się dopełniają i nie zaprzeczają wzajemnie, natomiast całkiem dobrze wyjaśniają to zjawisko naturalne. Nic nie stoi na przeszkodzie, by historię Ukrainy opisywały dwa dyskursy: kozacki i szlachecki.

Choćby ze względów prestiżu narodowego wątpliwe jest, czy można pogodzić się z tym, że cała epoka historii narodowej do dziś jest postrzegana w świadomości społecznej jako część dziedzictwa innych, chociaż przyjaznych nam, krajów.