Spory na temat stopnia zaangażowania w kolaborację różnych formacji ukraińskich z nazistami podczas II wojny światowej dawno wykroczyły poza granice dyskusji akademickich. Jednym z najbardziej podatnych na spekulacje był temat Bukowińskiego Kurenia, któremu historiografia sowiecka przypisuje udział w eksterminacji Żydów w Babim Jarze, podczas gdy większość ukraińskich badaczy utrzymuje, że żołnierzy kurenia w tym dniu w ogóle nie było w Kijowie. Nowe światło na ten problem rzuciły niedawno odkryte przez historyka Jurija Radczenkę nieznane wcześniej dokumenty i fakty, którymi podzielił się z nami w wywiadzie udzielonym dla czasopisma „Hadaszot”.

Jurij, twój wykład o Bukowińskim Kureniu otworzył konferencję „Przemoc masowa i ludobójstwo na ziemiach ukraińskich w latach 1930-1940.”, zorganizowanej w Charkowie przez Centrum Badań Stosunków Międzyetnicznych w Europie Wschodniej. Ta paramilitarna formacja OUN(m) od wielu lat pozostaje w centrum uwagi tylko dlatego, że Babi Jar stał się symbolem Holokaustu na Ukrainie?

Oczywiście tak, ponieważ dla żołnierzy Bukowińskiego Kurenia, jak również dla członków OUN(m), mordowanie Żydów samo w sobie nie było w 1941 roku czymś nadzwyczajnym — istnieją dowody o rozstrzelaniu latem 1941 roku przez żołnierzy kurenia Żydów z wioski Milijewo w rejonie (powiecie) Wyżnickim, w obwodzie (województwie) Czerniowieckim. W Starej Uszycy wzięli udział w pogromie. Widziałem dokumenty dotyczące eksterminacji przez działaczy OUN(m) Żydów w rejonie (powiecie) Kocmanskim.
Ale to wszystko pozostaje w cieniu debaty o nie
/udziale kurenia w wydarzeniach Babiego Jaru, ponieważ to miejsce rzeczywiście stało się symbolem Holocaustu „od kul” nie tylko na Ukrainie, ale na całym świecie.

Jakich argumentów używają badacze broniący tej lub innej wersji?

— Wersja sowiecka została wyartykułowana w książce Aleksandra Szlajena, twierdzącego, że z spośród 1200 oprawców Babiego Jaru zdecydowaną większość stanowili policjanci ukraińscy, a także żołnierze Bukowińskiego Kurenia. Jednak nie zacytował [w charakterze dowodu] żadnych dokumentów.
Autorstwo drugiej wersji — nazwijmy ją umownie ukraińską — należy do szanowanego przez mnie historyka Witalija Nachmanowicza, który na podstawie szeregu dokumentów udowadnia, że kureń dotarł do Kijowa na początku listopada 1941 roku, co automatycznie zdejmuje z „bukowińców” oskarżenie o współsprawstwo tragedii w Babim Jarze pod koniec września — na początku października 1941 r.

Istnieje hipoteza holenderskiego historyka Karla Berghofa, uważającego, że Bukowiński Kureń wkraczał do Kijowa dwukrotnie — grupa przednia przybyła we wrześniu 1941 roku, a główna jego część — w listopadzie. Teoretycznie umożliwia to wzięcie udziału żołnierzy w rozstrzeliwaniach w dniach 29-30 września.
Problem polega na tym, że większość badaczy opiera się na wspomnieniach napisanych wiele lat po wojnie, które można interpretować na różne sposoby. Na przykład, Berghof cytuje jednego z „bukowińców” wspominającego, że przybyli do Kijowa, kiedy miasto płonęło, i na tej podstawie dochodzi do wniosku, że jest tu mowa o wrześniu 1941 roku. Nachmanowicz zasadnie twierdzi, że Kijów płonął aż do listopada, więc dokładny czas przybycia oddziału nie jest możliwy do ustalenia.

Nasze „sukinsyny”. Czy warto stawać w ich obronie . . .Ale znalezione przez Pana dokumenty pośrednio potwierdzają, że pod koniec września „bukowińcy” byli już w Kijowie

Tak, ostatnio w archiwum OUN w Kijowie udało mi się znaleźć list członkini Bukowińskiego Kurenia i aktywistki OUN(m) Marty Zybaczynskiej, wysłany w listopadzie 1948 roku z Monachium do lidera organizacji Melnyka. Wysłanie listu ma związek z wewnętrznym trybunałem OUN, który odbył się w 1945 roku w amerykańskiej strefie okupacyjnej w Niemczech.

Krótko o tym fakcie. Marta w trakcie procesu przedstawiła dowódcy kurenia Petrowi Wojnowskiemu dwa oskarżenia — po pierwsze, że wyrządził jej osobistą zniewagę, nazywając ją prostytutką, ponieważ chodziła z banderowcami. Po drugie, że wydawał tych banderowców w ręce Niemców jesienią 1941 roku, co często oznaczało dla nich śmierć… W rezultacie Wojnowski został skazany na wykluczenie z OUN(m) na okres jednego roku, z perspektywą przywrócenia członkostwa w partii.

Ale nas nie interesują szekspirowskie namiętności, lecz wspomniany w liście Marty fakt, że kiedy przybyła do Kijowa w październiku 1941 roku, w mieście już byli „bukowińcy”. (Szczegółowy artykuł na ten temat i sam list Zybaczynskiej zostaną wkrótce opublikowane w jednym z czasopism naukowych, a alternatywny punkt widzenia, kwestionujący tę sporną wersję, zamieścimy w następnym numerze „Hadaszot” — M. G.) Najwyraźniej kureń nie był jednorodną strukturą i jego żołnierze przybywali do Kijowa w składzie kilku grup. Interesujące jest również świadectwo Zybaczynskiej o tym, że zimą 1942 roku Niemcy aktywnie dokonywali aresztowań melnykowców, w tym ludzi bliskich Wojnowskiemu, za to, że oni dokonywali grabieży mienia pomordowanych Żydów, wyrywali złote zęby rozstrzelanych ofiar Holokaustu i przetapiali je.

Tak więc jest oczywiste, że w październiku 1941 r. bukowińcy byli już w Kijowie, ale czy zjawili się tam przed 29 września, kiedy to rozpoczęły się rozstrzeliwania w Babim Jarze? O tym pośrednio można przesądzić poprzez analizę drugiego dokumentu — brudnopisu rękopisu zarysu historii Bukowińskiego Kurenia, napisanego przez jednego z jego aktywistów, Oresta Biłaka. Z tekstu wyraźnie wynika, że autor korzystał nie tylko ze swojej pamięci, ale także z dokumentów, które dzisiaj nie są dostępne dla badaczy. Biłak odnotowuje, że większość bukowińców (800 osób) przybyła do Kijowa w dniu 29 października, ale do tego czasu w mieście już była sotnia Bukowińskiego Kurenia, która przybyła wcześniej wraz z chórem, przy tym wystąpienia chóru z pieśniami strzelców siczowych były transmitowane przez lokalne radio.

I oto do sprawy wkracza trzeci dokument, który łączy w spójną całość wszystkie elementy układanki. Niemiecka 195. komendantura polowa, która aktywnie uczestniczyła w przygotowaniach i przyczyniła się do rozstrzeliwań w Babim Jarze, wysłała 27 września do Żytomierza wniosek z prośbą o przysłanie100 przeszkolonych policjantów ukraińskich, którzy powinni przybyć do Kijowa w dniu 29 września. Jest w pełni prawdopodobne, że sotnia Bukowińskiego Kurenia z chórem, o której pisze Biłak, i policjanci, o których poprosili Niemcy — to te same osoby.

Czy to oznacza, że „bukowińcy” brali bezpośrednio udział w rozstrzeliwaniach?

Bezpośrednich świadectw o tym nie ma i, zgodnie z wszystkimi dostępnymi dokumentami, rozstrzeliwania przeprowadzało niemieckie Sonderkommando 4A. Policji pomocniczej, w szeregach której było wielu melnykowców i prawdopodobnie „bukowińców”, przydzielono funkcje zabezpieczające — policjanci utworzyli korytarz, którym pędzono i bito Żydów (o „ukraińskich nacjonalistach” wspomina Dina Proniczewa), a potem grabili mienie żydowskie. O faktach przywłaszczania sobie mienia zabitych Żydów przez członków Bukowińskiego Kurenia wiemy, Nasze „sukinsyny”. Czy warto stawać w ich obronie . . .jak już wspomniano, z listu Zybaczynskiej. Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie to się działo — w końcu września, w październiku — listopadzie 1941 roku, czy zimą 1941-1942. Znane są również zeznania byłego policjanta Wasilija Pokotiło o tym, jak burmistrz Kijowa, Władimir Bagazij, który wstąpił do OUN(m), parał się grabieżą mienia żydowskiego. Zachował się także list greckokatolickiego kapłana Josipa Kładocznego na temat sytuacji w Kijowie, wysłany 26 marca 1942 r. do Metropolity Andrzeja Szeptyckiego, gdzie skarży się, że niektórzy członkowie OUN(m) w ukraińskiej stolicy grabią wszystko, co tylko możliwe. A co można być stosunkowo bezkarnie grabić zimą 1942 roku? Prawdopodobnie jedynie własność żydowską, która była dostępna dla osób związanych z lokalnymi władzami samorządowymi i policją…

Jakie miejsce obecnie zajmuje historia Bukowińskiego Kurenia w kształtowaniu nowej narracji historycznej?

Bezpośredniego kultu tej jednostki nie ma, ponieważ chodzi o otwartą kolaborację z nazistami. Chociaż częściowo „bukowińcy” są gloryfikowani — jeszcze w 1995 roku w Czerniowcach wzniesiono im pomnik, na jego uroczyste odsłonięcie przyjechał ze Stanów Zjednoczonych sam Wojnowski.

Niestety, możemy skonstatować brak dyskusji na ten temat. W ubiegłym roku Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej przygotował książkę – zbiór artykułów „Wojna i mit. Nieznana II Światowa”, gdzie, niczym Pismo Święte, cytowany jest artykuł Witalija Rafajłowicza, bez przywołania alternatywnych punktów widzenia. Mam jednak nadzieję, że wraz ze wprowadzeniem do obiegu naukowego nowych dokumentów, sytuacja ta ulegnie zmianie.

Powód, dla którego niektórzy przywódcy OUN(m) i liczni żołnierze Bukowińskiego Kurenia zostali praktycznie kanonizowani, jest zrozumiały — oni zostali rozstrzelani (lub, być może, pochowani) zimą 1942 roku w tym samym Babim Jarze, tak jak na przykład poetka Ołena Teliha lub Iwan Rogacz — redaktor gazety „Ukrajinśkie słowo”, nie stroniący od publikowania materiałów antysemickich wzywających do wydawania Żydów w ręce Niemców. Uważa się, że ci ludzie zostali zlikwidowani za rzekomy opór stawiany nazistom, co, delikatnie mówiąc, nie jest prawdą. Członkowie OUN(m) nawet nie pomyśleli o walce z Niemcami w 1941 roku, powiem więcej — aż do końca wojny nie wydali ani jednej antyniemieckiej ulotki, w odróżnieniu do banderowców, czy, powiedzmy, bulbowców.

Niemniej jednak padli ofiarą bezwzględnego terroru niemieckiego, podobnego do terroru bolszewickiego w latach 1930., niszczącego wielu fanatycznie lojalnych wobec reżimu sowieckiego ludzi.

— Czy ukraińskie społeczeństwo jest tego świadome?

Jest to trudne do zaakceptowania, podobnie jak fakt, że pewna liczba przywódców OUN ponosi określoną odpowiedzialność za zbrodnie wojenne.

Charakterystyczne jest, że dzisiaj nawet apologeci OUN(b) aktywnie negują zbrodnie Bukowińskiego Kurenia, choć w latach 1940. pomiędzy banderowcami i melnykowcami toczyła się okrutna międzypartyjna wojna — w jej trakcie dokonywane były zabójstwa polityczne, i dochodziło do wydawania przeciwników w ręce Niemców — często na pewną śmierć.

Gdzie przebiega granica między kolaboracją i walką narodowo-wyzwoleńczą?

Przeprowadzenie jej jest bardzo trudne. Ruch narodowo-wyzwoleńczy może być kolaborancki, faszystowski, totalitarny, antysemicki itp. Z drugiej strony, termin kolaboracja jest bardzo upolityczniony. Na Zachodzie ma on zastosowanie do obywateli danego państwa, podejmujących współpracę z okupantem. Ale państwa ukraińskiego w 1941 roku nie było, i w tym sensie Melnyka i Banderę, nie posiadających obywatelstwa sowieckiego, trudno zaliczyć do kolaborantów. 

Tutaj, moim zdaniem, powinno mieć zastosowanie inne kryterium — w jakim stopniu ludzie współpracujący z Niemcami zostali wciągnięci w zbrodnie wojenne. Wszystkie ugrupowania ukraińskie podczas wojny balansowały między kolaboracją i oporem, po prostu melnykowcy do końca wojny pozostawali lojalni wobec Niemiec, czego nie można powiedzieć o banderowcach.

Co się tyczy Bukowińskiego Kurenia, zimą 1941-1942 został połączony ze składającym się z sowieckich jeńców Kijowskim Kureniem, i z obu kureni sformowano 115. i 118. bataliony Schutzmannschaft. Ten ostatni uczestniczył w spalaniu Chatynia w marcu 1943 roku, co prawda, powtórzę to jeszcze raz — większość składu osobowego stanowili w tym czasie dawni sowieccy jeńcy.

W 1944 roku obydwa bataliony zostały przerzucone do Francji, gdzie w końcu sierpnia przeszły na stronę francuskiego ruchu oporu, przekształciły się batalion im. Tarasa Szewczenki i … przez okres jednego miesiąca walczyły z Niemcami. Żołnierze batalionu zostali nawet upamiętnieni pomnikiem, któremu francuscy żołnierze jeszcze w latach 1990. oddawali honory, nie posiadając wiedzy o wszystkich etapach „szlaku bojowego” tych towarzyszy. Niemniej jednak, nie jest to powód, by stawać w obronie ludzi w swoim czasie wiernie służących nazistom — czy to „zasłużonego” w Chatyniu Władimira Katriuka, niedawno zmarłego w Kanadzie, czy wziętego do niewoli sowieckiego żołnierza Iwana Demianiuka, byłego strażnika („trawnika”) [niemieckiego kolaboranta wyszkolonego przez nazistów w Trawnikach pod Lublinem] w Majdanku i Sobiborze — tylko dlatego, że byli Ukraińcami.

Problem polega na tym, że umiejętnie mieszając kłamstwa z prawdą, politycy przekształcają historię w narzędzie propagandy.

Z pewnością. I tam, gdzie to się dzieje, potrzebna jest nasza natychmiastowa i profesjonalna reakcja. Na przykład, przez długi czas w sowieckiej, a do pewnego stopnia także w dzisiejszej rosyjskiej propagandzie, rozprzestrzeniana była wersja, że zamordowanie polskich profesorów we Lwowie w lipcu 1941 roku — do dzieło rąk batalionu „Nachtigall”, sformowanego z banderowców. Znany polski historyk Grzegorz Motyka udowodnił, że tak nie było — kwiat polskiej inteligencji rozstrzelało Einsatzkommando niemieckie, i było to częścią planu eksterminacji polskich elit.
Są także próby spekulowania na udziale pododdziałów ukraińskich w tragedii Babiego Jaru, na przykład, dyrektor rosyjskiej Fundacji „Pamięć Historyczna” Djukow próbuje całkowicie bezpodstawnie powiązać z rozstrzeliwaniami OUN(b). Ogólnie rzecz biorąc, rosyjska propaganda stale myli OUN(b) i (m), dlatego minister kultury Władimir Medynski powiedział, że Chatyń nie spalił SS-mani, lecz banderowcy, chociaż ich tam w ogóle nie było. 

W tym samym czasie na Ukrainie następcy OUN(m) negują udział 118. batalionu w eksterminacji Chatynia.

Jeśli władze i społeczeństwo są gotowe (a ja mam nadzieję, że tak nie jest) stawać w obronie naszych „sukinsynów” tylko dlatego, że są nasi — jest to dowodem niedojrzałości, a wcale nie przejawem patriotyzmu… Im szybciej to zrozumiemy — tym lepiej.

 

Wywiad przeprowadził Michaił Gold dla gazety Hadashot №1 (236), styczen 2017, tewet 5777