Idealny Stepan i problemy kompletowania ukraińskiego panteonu narodowego

Każda mniej lub bardziej interesująca dyskusja o miejscu Stepana Bandery i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów we współczesnej polityce historycznej (czyli z udziałem co najmniej oponentów, a nie tylko „tak samo myślących”) przekształca się w ostre monologi zwalczających się stron. Taka polemika coraz bardziej przypomina spory ateistów ze Świadkami Jehowy. Albo fizyków z teologami. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ nacjonalizm (podobnie jak każda inna ideologia czy religia) przewiduje przyjmowanie wszystkiego na wiarę, wymaga wiary i odrzuca prymat racjonalności.

W tym momencie natychmiast należy zauważyć, że w interpretowaniu nacjonalizmu jako quasi-religii ma nic obraźliwego. Po prostu jest szereg wspólnych z jakimkolwiek kultem religijnym oznak: jest oddawanie czci zmarłym bohaterom-sprawiedliwym, jest życie po śmierci (nie w niebie, ale w pamięci narodu, jako przykład dla przyszłych pokoleń), jest cel życia i sens w ofiarnej śmierci. Jest nawet Dekalog Ukraińskiego Nacjonalisty jako analogia do Dziesięciu Przykazań Bożych. I wszystkie te oznaki wykluczają możliwość dialogu między historykami i nacjonalistami. Nie dlatego, że historyk nie może być nacjonalistą, i nie dlatego, ze historycy nacjonaliści – to źli historycy (nie zawsze i niekoniecznie). Po prostu dla człowieka wierzącego nie ma takiej opcji jak „ateista”. Jest „rodzaj diabelski” lub „dusza zagubiona” – dlatego także dla nacjonalisty czymś organicznym jest nazwać człowieka „wrogiem” i „zdrajcą”, a nie starać się zrozumieć motywy jego „bezbożności / braku patriotyzmu”.

Ćwierć wieku temu dominowała inna quasi-religia – komunizm. Relikwie, nawiasem mówiąc, wciąż są dostępne do oglądu publicznego. Także byli męczennicy, przykazania, kalendarz dat świątecznych i sens życia. Co prawda, była też istotna różnica – komunizm pretendował do uniwersalności, dlatego mógł sobie pozwolić na mesjanizm i ekspansję, nie ograniczając się granicami państw lub etnosów. Nacjonalizm, oczywiście, tego nie może, ponieważ jest wyraźnie ograniczony w ramach określonego narodu. W naszych hybrydowych czasach mamy także hybrydowy nacjonalizm – „ruski mir” nie ma konkretnych ograniczeń, w zależności od potrzeb taktycznych Moskwy może to być i rosyjski język, i „antyimperializm”, i po prostu wrogość do cywilizacji ludzkiej.

Zanim chrześcijaństwo stało się religią dominującą w naszej części świata, było jednym z wielu licznych kultów w Imperium Rzymskim. Istniały setki ruchów religijnych dla różnych grup etnicznych, zawodów i warstw społecznych. Obowiązywał wzajemny szacunek do „bogów cudzych” i, odpowiednio, wyznawców ich kultów. Ale to automatycznie oznaczało ograniczenie możliwości „swojego Boga”. Tym bardziej, że bogowie i bohaterowie obdarzeni byli całkowicie ludzkimi słabościami. Chrześcijanie nie pasowali do tej koncepcji, ponieważ nie uznawali innych bogów imperium, a więc nie byli lojalni wobec państwa. Chrześcijański Bóg (tak samo żydowski czy muzułmański, nawiasem mówiąc) – był jedyny i wszechmogący.

Ponieważ nasze społeczeństwo jest w większości chrześcijańskie, a do tego jeszcze post-sowieckie, nie ma nic dziwnego w tym, że nasi bohaterowie – to święci i bezgrzeszni sprawiedliwi, a narodowy sprawiedliwy – jest jedyny i nieomylny. Wszak zupełnie niedawno (tylko jedno pokolenie zdążyło wyrosnąć, po prostu wyrosnąć) funkcjonował jeszcze kult „wodza światowego proletariatu”, który był najlepszym strategiem wojskowym, genialnym menadżerem, ekonomistą, agronomem, krytykiem sztuki i krytykiem filmowym. Jest rzeczą naturalną, że współczesna polityka historyczna kształtowana jest zgodnie z zasadą „jeden naród – jedna partia – jeden wódz”. A jeśli ten wódz kogoś nie zadowala, to ten niezadowolony może zostać z łatwością napiętnowany jako zdrajca (jeśli to umownie „swój”) lub jako wróg (jeśli „obcy”). Ponieważ narodowi neofici – są ponadto chrześcijańscy i postsowieccy.

Tymczasowo, kiedy nasza polityka historyczna jest wciąż na etapie kształtowania, „apostołowie” nowej prawdy mogą pozwolić sobie na ekspansję i mesjanizm (tym bardziej, że praca nad de-komunizacją i de-rusyfikacją w naszym kraju dopiero się zaczęła). Nie należy zapominać także o motywach osobistych: o wiele bardziej opłaca się być charyzmatycznym pastorem na czele fanatycznych zwolenników, niż naukowcem w kręgu takich samych sceptyków. O tym nawet „apostoł Wołodymyr Montian”, bez wykształcenia i z wyrokami, wie doskonale.

Ale strategicznie dla społeczeństwa (nie mylić z państwem jako zbiorem urzędników i instytucji), taka polityka nawet nie niesie, ale już przyniosła wiele negatywów. Po pierwsze, mamy raczej dość ograniczony „panteon” bohaterów ze swojej przeszłości. Idea „zwykłego uczciwego narodu” i wynarodowionych „elit” wykreśliła z naszej przeszłości całą szlachtę, katolików i protestantów. Za chwilę taki sam los czeka „ugodowców”, którzy nie popierali polityki OUN. Tak więc nie tworzymy panteonu bohaterów, lecz nieliczny orszak apostołów. Istnieje naukowe wyjaśnienie tego faktu: monoteizm nie zna pojęcia „cudzych bogów” lub „neutralnych bohaterów”. Jest Bóg, są aniołowie i święci, a cała reszta – to demony.

Po drugie, nawet jeśli się mocno wierzy, wszystko jedno – realni ludzie w historii nie byli bezgrzeszni. Zwłaszcza ci, którzy tę historię tworzyli. A nasze „jasne i bezkompromisowe stanowisko”, które początkowo wyglądało jak nieporozumienie lub ignorancja, to obecnie po prostu usprawiedliwianie zbrodni, gdyż „taki jest wymóg czasu”. Idealny instrument do psucia stosunków z sojusznikami Ukrainy. Heroizm w ogóle od bezgrzeszności jest dość odległy, ma z nią niewiele wspólnego, my po prostu regularnie mylimy „ciepłe” z „miękkim”.

Po trzecie, z narodowym orszakiem świętych spóźniliśmy się około osiemdziesiąt lat. W międzywojennej Europie to poszłoby „na hura”, teraz wygląda to, delikatnie mówiąc, staromodnie.

Po prostu trzeba się zdecydować, co chcemy zobaczyć „na wyjściu”: odpowiedni zestaw bohaterów narodowych z wojskowymi, przedsiębiorcami, mecenasami, naukowcami, politykami, czy podręczną instrukcję bojownika frontu ideologicznego na dwóch arkuszach z jednym wodzem i kilkoma ideowymi współuczestnikami.

Postscriptum. W starożytnym Rzymie, nawiasem mówiąc, za obrazę bogów nie karano. Wierzono, że bogowie sami są w stanie się obronić. Natomiast nielojalność wobec władzy państwowej państwo karało z całą surowością prawa. Bardzo rozsądne podejście. 

 

Nazar Kiś — Zaxid — tłumaczenie Wiesław Tokarczuk