Międzymorze może stać się niezawodną tarczą cywilizacji europejskiej i całego wolnego świata. 

Członkostwo w NATO i Unii Europejskiej nie wyklucza możliwości stworzenia bloku regionalnego w Europie Środkowo-Wschodniej

W kręgach akademickich istnieje przekonanie, że geopolityka jest pseudonauką. To prawda. Ale prawdą jest również to, że w Moskwie geopolityka pełni funkcję strategii polityczno-wojskowej. I ta strategia wpływa na tworzenie rosyjskiej polityki zagranicznej. Jej skutkiem stała się seria krwawych wojen wzdłuż rosyjskich granic. Kreml, kierując się geopolitycznym światopoglądem, stara się za pomocą wszelkich środków wskrzesić Imperium Zła. Ta polityka stanowi poważne zagrożenie dla całej Europy Środkowej i Wschodniej. Dlatego koniecznie należy dokładnie przestudiować kwestie geopolityki w kontekście bezpieczeństwa europejskiego i globalnego.

/ Geopolityka

Pojęcie „geopolityka” powstało na przełomie XIX i XX wieku. Po raz pierwszy użył tego terminu szwedzki politolog Johan Rudolf Kjellén w 1899 roku na łamach czasopisma „Ymer”. Za ojców założycieli geopolityki uznaje się również: niemieckiego geografa Fryderyka Ratzela, amerykańskiego admirała Alfreda Mahana, brytyjskiego geografa Halforda Johna Mackindera, niemieckiego generała Karla Haushofera oraz niemieckiego politologa Carla Schmitta.

Fryderyk Ratzel stworzył geopolityczne podwaliny pod niemiecką koncepcję Mitteleuropy. Alfred Mahan wykreował koncepcję przewagi potęgi morskiej nad lądową. Jego wizja strategiczna jest nadal elementem kształcenia oficerów i dyplomatów w Stanach Zjednoczonych. Własną ideę geopolityczną wypracował Carl Schmitt, który uznał iż kluczem do rozpoznania mechanizmu dziejów jest konflikt między potęgami morskimi (tallassokracjami) i lądowymi (tellurokracjami).

Jednak autorem najsłynniejszej koncepcji geopolitycznej jest brytyjski geograf Halford John Mackinder, który operował takimi pojęciami jak: World Island (Światowa Wyspa) i Heartland (Obszar Centralny). Według Mackindera na Światowej Wyspie (obejmującej Eurazję i Afrykę) rozgrywały się najważniejsze wydarzenia dziejowe. Na tym obszarze wyznaczył rejon krytyczny – Heartland, usytuowany w jego części środkowo-północnej. Geopolityczne prawo Mackindera sprowadzało się do stwierdzenia:

„Kto panuje nad Europą Wschodnią, panuje nad Obszarem Centralnym; kto panuje nad Obszarem Centralnym, panuje nad Światową Wyspą; kto panuje nad Światową Wyspą, panuje nad światem”. 

Halford John Mackinder

/ Strategia Moskwy

Zgodnie z koncepcją Mackindera Rosja dominuje dziś nad tzw. Heartlandem, czyli najważniejszym obszarem strategicznym w Eurazji. Jako spadkobierca ekspansjonistycznej Złotej Ordy, imperium Romanowów i Związku Sowieckiego, Rosja robi wszystko, by przywrócić utraconą kontrolę nad Europą Środkową i Wschodnią.

Kluczem do dominacji w tym regionie jest przede wszystkim Ukraina. Nic dziwnego, że słynny amerykański strateg polskiego pochodzenia Zbigniew Brzeziński powiedział, że Rosja razem z Ukrainą jest skazana na bycie wielkim światowym mocarstwem.

Historia pokazuje, że gdy Ukraina była częścią I Rzeczypospolitej, państwo to stanowiło najsilniejszy bastion Europy na granicy z barbarzyńskim światem. W tym czasie Rosja była słabo rozwiniętym krajem na peryferiach Europy. I dopiero gdy pod koniec XVIII wieku ostatecznie zawładnęła terytorium dzisiejszej Ukrainy, stała się potężnym imperium wpływającym na losy Europy i świata. Po utracie Ukrainy upadła potężna niegdyś Rzeczypospolita, a cień barbarzyńskiej Moskwy zawisł nad Europą. Przez 200 lat Rosja panowała w Europie Środkowej i Wschodniej za pomocą zasady dziel i rządź. Głównym jej narzędziem było podburzanie do nienawiści etnicznej. Przede wszystkim między Polakami i Ukraińcami. Tak było po rozbiorach Polski, tak było po klęsce napoleońskiej Francji, tak było w czasie II wojny światowej i później.

W drugiej połowie XX wieku Rosja dążyła do przejęcia kontroli nad całym kontynentem eurazjatyckim. Innymi słowy parła ku światowej dominacji. Konflikty na peryferiach Eurazji (Wietnam, Korea, Afganistan) świadczą o tym, że gdyby nie starania Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników w rejonach Oceanu Atlantyckiego i Spokojnego, Moskwa mogłaby ten cel osiągnąć. Jeśliby udało jej się ten ponury scenariusz zrealizować, świat byłby zupełnie inny.

Po klęsce w zimnej wojnie Rosja została zmuszona do wycofania się z Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak nie oznacza to, że była gotowa pogodzić się z porażką. Przez 25 lat przygotowywała się do odwetu. Marzenie o wskrzeszeniu supermocarstwa i światowej dominacji spowodowało, że Europa Środkowa i Wschodnia, a przede wszystkim Polska i Ukraina, znalazły się w centrum uwagi rosyjskich strategów. Inwazja na Ukrainę świadczy o tym, kraje bałtyckie, Polska, a nawet cała cywilizacja europejska stanęły wobec poważnego zagrożenia.

 „Geografia jest losem”

− słusznie zauważył kiedyś Napoleon. Losy Polaków i Ukraińców są ściśle ze sobą związane. Utrata wolności przez Ukraińców w perspektywie średniookresowej prowadzi do upadku państwa polskiego. Tę cechę wspólnego geopolitycznego przeznaczenia dobrze zrozumiał Józef Piłsudski. Jego słowa: „Nie ma wolnej Polski, bez wolnej Ukrainy”, ziściły się przed II wojną światową…

/ Geopolityczny geniusz Piłsudskiego

Pierwszy Marszałek Polski rozumiał, że bezpieczeństwo II Rzeczypospolitej zależy od stworzenia aliansu silnych państw na wschodzie i powstania kordonu sanitarnego między Polską a Rosją. Było to konieczne, by uniemożliwić ekspansję rosyjską na zachód. Strategicznym celem Piłsudskiego stało się stworzenie federacji niezależnych państw w Międzymorzu Bałtycko-Czarnomorsko-Adriatyckim, w którym istotnym elementem była Ukraina. Dlatego Naczelnik Państwa postanowił wiosną 1920 roku odnowić i wzmocnić przyjazną Polsce niepodległą Ukrainę.

Rozumienie wspólnych strategicznych interesów Polski i Ukrainy wpłynęło na przygotowanie ofensywy kijowskiej wiosną 1920 roku. Rozpoczynając wyprawę, Piłsudski miał kilka scenariuszy. Najbardziej pożądany polegał na doprowadzeniu do zniszczenia Rosji i obalenia bolszewików. Jednak aby to się zdarzyło, najpierw trzeba było utworzyć mocne, niezależne państwo ukraińskie. Ponieważ Rosja pozbawiona Ukrainy nie stanowiłaby zagrożenia dla Polski i Europy. Gdyby ten scenariusz został zrealizowany, II Rzeczypospolita uzyskałaby kordon sanitarny przed Rosją oraz zyskała cennego sojusznika na wschodzie.

Gen. Antoni Listowski, Symon Petlura, płk Wołodymyr Salśkyj, płk Marko Bezruczko, oficerowie ukraińscy i polscy – Berdyczów, wyprawa kijowska, kwiecień 1920.

 

Niestety, w 1920 roku w Kijowie, w przeciwieństwie do Warszawy, cud się nie zdarzył. Po 19 latach od porażki idei Międzymorza Polska straciła wolność. W 1940 roku w Katyniu strzałami w głowę stalinowcy wymordowali elitę państwa polskiego. Niestety, obawy Piłsudskiego, że bez wolnej Ukrainy nie będzie wolnej Polski, stały się rzeczywistością. Rozpoczęły się ciemne dziesięciolecia niewoli.

Dziś należy dokładnie przeanalizować koncepcję, która mogła uniemożliwić realizację tego tragicznego scenariusza. Żeby nie dopuścić do powtórzenia tragicznej lekcji historii. Nasi następcy nie powinni powtórzyć błędów naszych przodków.

/ Idea Międzymorza

„Nie trzeba się łudzić, nawet jeżeli zawrzemy pokój, zawsze będziemy celem napaści ze strony Rosji”  – mówił Piłsudski w wywiadzie udzielonym „Kurierowi Porannemu” tuż po bitwie warszawskiej.

Naczelnik Państwa świetnie rozumiał, że skutecznie przeciwstawić się rosyjskiej agresji można jedynie wspólnymi siłami krajów Europy Środkowo-Źródło – InternetWschodniej. Dlatego marzył o zbudowaniu wielkiej federacji Polski, Ukrainy, Litwy, Łotwy, Estonii, Białorusi, Czechosłowacji, Węgier, Rumunii, Jugosławii i Finlandii, wspartej na „trzech kaukaskich rzeczpospolitych”, czyli Azerbejdżanie, Armenii i Gruzji. Skupienie tych państw w jednym sojuszu spowodowałoby powstanie w Europie Środkowej zwartego terytorialnie organizmu.

Ideę Międzymorza uzupełniała inna geopolityczna wizja Piłsudskiego – prometeizm, czyli pomysł rozpadu Rosji na państwa narodowe. Sojusz Polski i Ukrainy miał potencjał, by jednocześnie przełamać supremację rosyjską. Ale, niestety, Ukraina padła ofiarą bolszewickich najeźdźców. W wyniku wojny z Rosją bolszewicką koncepcja federacji państw Europy Środkowo-Wschodniej w oparciu o Polskę i Ukrainę straciła szanse realizacji. Piłsudski i jego zwolennicy nie porzucili jednak planów odnowienia unii polsko-ukraińskiej, a Rząd Ukraińskiej Republiki Ludowej na wygnaniu, w sojuszu z Polską, Rumunią, Wielką Brytanią i Francją, nadal szukał możliwości wyzwolenia Ukrainy spod bolszewickiego jarzma.

Pod koniec lat 30. XX wieku minister spraw zagranicznych RP Józef Beck próbował kontynuować ideę Piłsudskiego, promując w kręgach dyplomatycznych powstanie „Trzeciej Europy” (czyli sojuszu Polski, Rumunii i Węgier). W czasie II wojny światowej koncepcja aliansu państw między Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatyckim została reaktywowana przez gen. Władysława Sikorskiego, który w 1942 roku zainicjował dyskusję między greckim, jugosłowiańskim, polskim i czechosłowackim rządem na uchodźstwie. Sikorski stał na stanowisku, że powojenna Europa Środkowa powinna być uporządkowanym geopolitycznie terenem skonfederowanych ze sobą państw narodowych. Ale idea ta spotkała się z wrogością ZSRS i niechęcią aliantów. Co gorsza, rzecznicy idei Międzymorza, działań prometejskich i porozumienia polsko-ukraińskiego (Tadeusz Hołówko, Symon Petlura, Władysław Sikorski) ginęli w zamachach.

W 1992 roku po obaleniu komunizmu w Polsce (w 1989) i ZSRS (w 1991) idea Międzymorza została przyjęta za oficjalną koncepcję geopolityczną na IV Kongresie Konfederacji Polski Niepodległej (KPN), radykalnej partii o orientacji niepodległościowej, założonej w 1979 roku, w Warszawie. Dwa lata później, w lipcu 1994, w Kijowie doszło do porozumienia 15. (początkowo) partii niepodległościowych z sześciu krajów (Białorusi, Estonii, Litwy, Łotwy, Polski, Ukrainy) nazwanego Ligą Partii Krajów Międzymorza.

Kongresy LPKM odbyły się w latach 1995 (Jarosław n. Sanem), 1996 (Mińsk Białoruski) i w 1997 (Kijów). Podjęto też próbę wydania wspólnego biuletynu (ukazały się 2 numery). Niestety, inicjatywa ta umarła pod koniec lat 90. XX wieku wskutek przemian politycznych w krajach regionu – w tym marginalizacji głównych animatorów projektu.

Jednak koncepcja Międzymorza po stu latach od jej sformułowania przez Piłsudskiego, w obliczu zagrożenia, przed jakim ponownie stanęły Polska i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej, nabrała wyjątkowej aktualności. Agresywna polityka Rosji znów doprowadziła świat na skraj przepaści.

/ Nowe zagrożenie ze Wschodu

Głównym kierunkiem rosyjskiej ekspansji i najprawdopodobniejszym teatrem działań wojennych w następnej ewentualnej wojnie światowej może stać się Europa Środkowo-Wschodnia, przede wszystkim Ukraina, Litwa, kraje bałtyckie i Polska.

Polska ma gorzkie doświadczenie bierności sojuszników w najbardziej krytycznych momentach w historii. Wahanie Wielkiej Brytanii i Francji na początku II wojny światowej to jaskrawy dowód, że taki scenariusz jest możliwy. Nikt nie wie, jak zachowa się NATO w przypadku ataku państwa posiadającego broń nuklearną na np. Litwę lub Polskę. Niestety, kraje Europy Zachodniej nie są w pełni świadome zagrożenia ze strony Rosji.

Wpływowy rosyjski strateg Aleksander Dugin w książce pod tytułem „Podstawy geopolityki”, opublikowanej przy wsparciu Wydziału Strategii Akademii Wojskowej Sztabu Generalnego Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej, zaznaczył: „Długofalowy program Rosji zmierza w kierunku integracji kontynentalnej, utworzenia przestrzeni kontynentalnej Eurazji od Tokio do Azorów. Celem Moskwy jest rozwinięcie strategicznego wpływu na wschód, zachód i południe”.

Główną przeszkodę w realizacji ekspansji imperialnej Dugin upatrywał w Ukrainie i Polsce, ponieważ państwa te są bastionem Europy Wschodniej. W celu realizacji pragnienia Rosji światowej dominacji, Dugin, który ma ogromny wpływ na osoby podejmujące decyzje w najważniejszych sferach życia politycznego, zaproponował zniszczyć „kordon sanitarny, utworzony z małych, historycznie nieodpowiedzialnych narodów i państw Europy Wschodniej”, przede wszystkim Polskę.

Agresywna polityka Rosji stała się poważnym wyzwaniem dla systemu globalnego bezpieczeństwa. Nad całą europejską cywilizacją zawisły czarne chmury niewypowiedzianej wojny. Żaden kraj Europy Środkowo-Wschodniej nie może sam przeciwstawiać się wrogiej działalności Moskwy. Trzeba koniecznie połączyć wysiłki w celu przeciwdziałania wszelkim formom rosyjskiej dywersji w Europie Środkowej i Wschodniej.

/ Na wzór I Rzeczypospolitej

Musimy pamiętać o stwierdzeniu Mackindera: „Kto panuje nad Europą Wschodnią, ten panuje nad Eurazją i całym światem”. Społeczność międzynarodowa pod żadnym pozorem Źródło – Internetnie powinna pozwolić na dominację Rosji w Europie Środkowo-Wschodniej.

W obliczu dzisiejszych zagrożeń kraje Bałtycko-Czarnomorsko-Adriatyckiego Międzymorza powinny zjednoczyć wysiłki, szukać wspólnego mianownika, tego, co łączy narody regionu. Dlatego warto zastanowić się nad tworzeniem podstaw silnego regionalnego sojuszu geopolitycznego, przekraczającego granice Unii Europejskiej, ponieważ do tego bloku mogłaby dołączyć Ukraina, a w perspektywie długofalowej ewentualnie demokratyczna Białoruś. Co więcej, sojusze regionalne w żaden sposób nie stoją w sprzeczności z członkostwem poszczególnych państw w innych paktach. Członkostwo w NATO i Unii Europejskiej nie wyklucza możliwości stworzenia bloku regionalnego w Europie Środkowo-Wschodniej.

Znaczenie bloków regionalnych w dzisiejszym świecie nabiera coraz większego znaczenia. Widzimy to na przykładzie Francji, która buduje unię śródziemnomorską (porozumienie państw południowej Europy i północnej Afryki) czy unię nordycką − sojusz Danii, Finlandii, Szwecji, Norwegii i Islandii.

Polska, Litwa i Ukraina także mogłyby wystąpić z inicjatywą utworzenia unii regionalnej, wzorowanej na historycznym dziedzictwie I Rzeczypospolitej. Stworzenie takiego sojuszu w obecnym układzie geopolitycznym mogłoby okazać się szczególnie cenną inicjatywą. Mocny sojusz państw Europy Środkowo-Wschodniej byłby stosowną odpowiedzią na ekspansję agresywnego Imperium Zła. Międzymorze może stać się niezawodną tarczą cywilizacji europejskiej i całego wolnego świata.

Artykuł ukazał się w „Głosie Polonii”
(nr 9 – 10) 28.11.2014.

Włodzimierz Iszczuk

Redaktor naczelny czasopisma i TV „Głos Polonii”. Dziennikarz, publicysta, polski działacz społeczny na Ukrainie. 

W serwisie YouTube pojawił się filmik promujący Międzymorze z perspektywy ukraińskiej

Świat się zmienia. Globalny system bezpieczeństwa, który powstał po zakończeniu zimnej wojny, okazał się fikcją. Organizacje i porozumienia międzynarodowe stały się po prosu biurokratycznym konwenansem.

Wyraźnym tego przykładem jest wojna na Ukrainie. Rosja, zajmując Krym i rozpętując wojnę w Donbasie, złamała co najmniej dziewięć umów międzynarodowych. Światowi liderzy, którzy na mocy memorandum budapeszteńskiego byli gwarantami bezpieczeństwa Ukrainy, zostawili ją sam na sam z agresorem.

Upadek międzynarodowego prawa zmusza narody i państwa do ponownej walki o swoje miejsce na mapie świata. Właśnie dlatego Rosja nigdy nie zrezygnuje z prób odrodzenia imperium sowieckiego, Zachód zaś chętnie zasłoni się przed nią swymi wschodnimi sąsiadami.

Przeżywająca kryzys wewnętrzny Unia Europejska przestała być wzorcem bezpieczeństwa i stabilności. Wiara w moc mechanizmów biurokratycznych czyni ją bezbronną wobec irracjonalnego wroga. Takiego jak Rosja i islamski fundamentalizm. Europa znajduje się na krawędzi katastrofy. Europejczycy poza sobą nie mają na kogo liczyć.

Dlatego kraje położone między Bałtykiem a Morzem Czarnym muszą utworzyć nową wspólnotę geopolityczną. Pragnienie tych krajów do zjednoczenia jest widoczne. Na przykład prezydenci Polski i Chorwacji zajmują się lobbingiem na rzecz powołania takiej wspólnoty w ramach Unii Europejskiej. Wszystkie państwa grupy wyszehradzkiej były solidarne w sprawie wycofania się z obowiązkowych kwot migracyjnych, mimo że są członkami UE. Jednocześnie w Lublinie powołano litewsko-polsko-ukraińską brygadę dla udziału w misjach pokojowych.

Ukraina, Polska, Białoruś, Litwa, Łotwa i Estonia są potężną strefą geopolityczną łączącą Bałtyk i Morze Czarne i będącą korytarzem transportowym między Zachodem i Wschodem.

Połączywszy się, będą w stanie sformować blok dysponujący potężną armią, gwarantujący pokój i bezpieczeństwo w regionie. Bogactwo zasobów mineralnych i żyzne gleby zapewnią potęgę energetyczną i ekonomiczną. Wysoki poziom edukacyjno-naukowy pozwoli konkurować w dziedzinie innowacji. Integracja nie powinna się ograniczać do przestrzeni bałtycko-czarnomorskiej (do wspólnoty mogą dołączyć również Mołdawia, Rumunia, Bułgaria Węgry, Chorwacja, Słowenia, Słowacja, Czechy).

A zatem widzimy potencjalną siłę, będącą w stanie aspirować nie tylko do zajmowania pozycji lidera regionalnego, lecz do statusu gracza w skali światowej.

/ George Friedman o Intermarium

Amerykański politolog żydowskiego pochodzenia, absolwent City College of New York, doktorat uzyskał na Cornell University. Jest założycielem i dyrektorem generalnym Stratfor. Zajmuje się geopolityką i współczesną doktryną wojenną.

– Dziś Polacy mają wszelkie podstawy ku temu, by rządzić w regionie. Będziecie prawdziwym mocarstwem w Europie, ale już teraz widzimy mocarstwową politykę Polski w tej części Starego Kontynentu. Pytaniem otwartym pozostaje to, jak daleko to pójdzie i kto się przyłączy – powiedział George Friedman, założyciel i dyrektor generalny agencji wywiadu Stratfor, nazywaną „cieniem CIA”, podczas Global Security Forum 2014. Amerykański politolog potwierdził zatem, że w obliczu kryzysu na Ukrainie nie zmienia swojej tezy sprzed kilku lat o wzrastającej roli Polski w świecie. Wręcz przeciwnie. Powiedział, że „Dziś Polacy mają wszelkie podstawy, by rządzić w regionie”.

Poland should lead countries against Germany and Russia, of course together with the USA.

According to George Friedman, Europe will fall appart, he indicates conflicts and wars to come, where Poland should play a leading role, as an instrument of the USA, against Germany and Russia.

/ Stratfor: Rosję czeka upadek, Polskę rozkwit

Prywatna agencja wywiadu Stratfor, nazywana „cieniem CIA”, opublikowała prognozę geopolityczną na najbliższą dekadę. Amerykańscy analitycy przewidują rozpad Federacji Rosyjskiej i wzmocnienie roli Polski w Europie.

Jest mało prawdopodobne, że Federacja Rosyjska przetrwa w obecnej formie − wieszczą eksperci Stratforu. Rozpad Rosji będzie spowodowany ekonomią, a przede wszystkim fiaskiem przestawienia jej gospodarki z uzależnienia od surowców energetycznych.

Niezdolność Rosji do przetwarzania jej zysku energetycznego na samowystarczalną gospodarkę czyni ją wrażliwą na wahania cen. Brakuje jej jakiejkolwiek ochrony przed tymi siłami rynkowymi. Biorąc pod uwagę organizację federacji, gdzie zysk w pierwszej kolejności wpływa do Moskwy, potok środków też znacznie się zmieni”
– piszą autorzy prognozy obejmującej lata 2015-2025.

Rosja nie będzie w stanie utrzymać „narodowej infrastruktury”, zwłaszcza na peryferiach. To wszystko doprowadzi ją do powtórki z historii.

„Doprowadzi to do powtórzenia doświadczenia Związku Sowieckiego z lat 80. ubiegłego wieku i Rosji z lat 90., kiedy Kreml nie był w stanie wspierać krajowej infrastruktury. Aby bronić się przed tym, regiony mogą zacząć tworzyć nieformalne i formalne autonomie. W konsekwencji więzi gospodarcze, łączące peryferię rosyjską z Moskwą, będą zanikać” – mówi się w prognozie.

FSB, której przywódcy zaangażowani są w gospodarkę, straci kontrolę nad tym, co się dzieje w kraju, nie będzie w stanie powstrzymać sił odśrodkowych, odpychających regiony w różne od Moskwy strony.

„Historycznie Rosja rozwiązywała problemy związane z wewnętrzną stabilnością przy pomocy służb specjalnych, najpierw KGB, a potem jej następczyni − FSB. Tak samo jednak jak w latach 80. XX wieku, w tej dekadzie (2015-2025 – red.) służby również nie będą w stanie powstrzymać sił odśrodkowych, odpychających regiony od Moskwy. Moc FSB osłabia obecność i zaangażowanie jej przywódców w gospodarce narodowej”
przekonują analitycy Stratfor.

Osłabianie się gospodarki będzie się więc przekładało na osłabienie FSB. Bez niej zaś nikt nie zdoła zapobiec rozpadowi Federacji Rosyjskiej, zauważa się w prognozie. Kolejne regiony rosyjskiego imperium będą dążyć do separacji.

„Możliwość dalszej kontroli przez Rosję Kaukazu Północnego będzie się zmniejszała, w Azji Środkowej nastąpi destabilizacja. Republika Karelii zapragnie powrotu do Finlandii. Nadmorskie regiony na Dalekim Wschodzie, bardziej związane z Chinami, Japonią i USA niż z Moskwą, wybiją się na niepodległość. Inne regiony niekoniecznie będą poszukiwały autonomii, lecz będzie im ona narzucana” – czytamy w prognozie agencji Stratfor.

Jednocześnie wzmocni się pozycja Polski, dla której analitycy przewidują rolę lidera co najmniej Europy Środkowo-Wschodniej, w miejsce Niemiec. Stanie się to dzięki z jednej strony stabilnemu wzrostowi gospodarczemu i mniejszemu niż w innych krajach europejskich spadkowi demograficznemu w Polsce, z drugiej zaś spowolnieniu gospodarczemu RFN.

„Polska znajdzie się w centrum wzrostu gospodarczego i zwiększenia wpływów politycznych. Zachowała jeden z najbardziej zdumiewających wskaźników wzrostu po Niemczech i Austrii. Ponadto, mimo że liczba jej ludności może się zmniejszyć, to zmniejszenie jednak najprawdopodobniej będzie o wiele mniejsze niż w pozostałych krajach europejskich. Ponieważ Niemcy przeżywają bolesne zmiany gospodarcze i ludnościowe, Polska zdywersyfikuje swoje stosunki handlowe, aby stać się dominującą siłą na strategicznym obszarze Europy Środkowo-Wschodniej” – zapowiada Stratfor.

Wzrosną także polskie wpływy na Ukrainie i Białorusi. Na wzrost znaczenia Warszawy w polityce międzynarodowej wpłynie też sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Polska stanie na czele antyrosyjskiej koalicji, która będzie jedną z dominujących geopolitycznych sił w Europie. Poza Ukrainą i Białorusią dołączą do niej inne państwa wschodnie.

„W pierwszej połowie tej dekady (do roku 2020 – red.) Polska zostanie liderem antyrosyjskiej koalicji, do której, co ważne, należeć będzie też Rumunia (…) W drugiej połowie dekady ten związek będzie odgrywał ważną rolę w zmianie rosyjskich granic i odzyskaniu utraconych terenów za pomocą środków formalnych i nieformalnych. Po osłabieniu Moskwy ten sojusz będzie wywierał dominujący wpływ nie tylko na Białoruś i Ukrainę, lecz także ruszy dalej na wschód, co przyczyni się do dalszego wzmocnienia Polski i jej sojuszników” –
zapowiadają analitycy agencji.

Utrata zdolności Mokwy do wsparcia i zarządzania krajem wytworzy próżnię. „To, co będzie w tej próżni istniało, to będą już oddzielne fragmenty Federacji Rosyjskiej” – przewidują analitycy, a wtedy Polska, Węgry i Rumunia zażądają odzyskania terenów, które swego czasu oddały Rosjanom.

Prognoza Stratforu dotyczy także przyszłości Unii Europejskiej. Jak piszą jej autorzy, Unia nie będzie w stanie rozwiązać najważniejszych swoich problemów, do których należy kryzys strefy euro, niemal całkowite uzależnienie od gospodarki Niemiec oraz wzrastające nastroje eurosceptyczne i nacjonalistyczne. W Europie powstanie kilka stref wpływów o rozbieżnych interesach geopolitycznych (Europa Zachodnia, Europa Wschodnia, Skandynawia i Wyspy Brytyjskie), które będą ze sobą współpracowały, ale na zupełnie innych zasadach.

„UE może w pewnym sensie przetrwać, jednak europejskie stosunki gospodarcze, polityczne i wojskowe będą dyktowane przede wszystkim przez relacje dwustronne lub w ograniczonym zakresie wielostronne, cechujące się brakiem poważnych celów i zobowiązań – prognozują eksperci. − Niektóre kraje mogą pozostać członkami tej zmodyfikowanej Unii Europejskiej, ale to nie ona będzie definiować Europę”.

Dziesięcioletnie prognozy Stratfor publikuje od 1996 roku. Agencja chwali się tym, iż przewidziała wiele ważnych wydarzeń, np. kryzys finansowy w Europie oraz konflikt USA z dżihadystami. Ostatnia prognoza, która ukazała się w 2010 roku, zakładała wzmocnienie nastrojów nacjonalistycznych w Unii Europejskiej, wyraźne spowolnienie chińskiej gospodarki i próby Rosji przejścia od eksportu surowców do eksportu wysokiej technologii.

Jagiellonia.org / Stratfor

/ Projekt Intermarium:
A klęska Europejskiej Federacji

Należy skorzystać z nieuniknionej katastrofy eurointegracji w dotychczasowym duchu po to, by wdrożyć delikatnie poprawiony projekt Intermarium – pisze w „Teologii Politycznej Co Tydzień” Dominik Szczęsny-Kostanecki, red. naczelny Portalu Kresy24.pl.

Bezpośrednim powodem napisania niniejszego artykułu była nieco żartobliwa mapa polityczna Europy w 2022 roku opublikowana przez opiniotwórczy Guardian – co ważne w kontekście Brexitu – w roku 2012, i na nowo przypomniana po brytyjskim referendum. Ujmując rzecz syntetycznie przerzucała ona dość swobodnie – ale nie bez przyzwoitej znajomości historii Starego Kontynentu – mosty z przeszłości w przyszłość, sugerując, że niepowodzenie integracji europejskiej nie spowoduje ucieczki do przodu – próby zbudowania innego „nowego”, ale nawrót ku politycznym tradycjom, niekiedy zupełnie świeżym, innym razem całkiem zamierzchłym, przy czym stara Unia w dzisiejszym kształcie geograficznym zostałaby zastąpiona przez szereg federacji – to chyba najbezpieczniejsze słowo – znoszących dotychczasowe linie podziału administracyjnego – zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. I tak na przykład rozkład unijnej konstelacji w Skandynawii sprokurowałby powrót do tradycji Unii Kalmarskiej (która rozpadła się prawie 500 lat temu) i – co się z tym wiąże – zniósłby formalną granicę między Norwegią z jednej strony, a Danią, Szwecją i Finlandią z drugiej. Atrofia tej samej Unii wywołałaby też – wedle mapy – ciekawe ruchy na Półwyspie Iberyjskim, przy czym nie chodzi tylko o emancypację Katalonii, co oczywiste, ale również utworzenia nowego państwa pod nazwą Portugalicia, złożonego, jak sama nazwa wskazuje z Portugalii i Galicji (rzecz jasnej nie tej habsburskiej).

Oczywiście można by uznać całą sprawę li tylko za swego rodzaju ćwiczenie intelektualne – ćwiczenie z logiki historycznej, używając słów Andrzeja Ledera – i tym samym zamknąć sprawę. Co jednak jeśli te projekty mini-federacji przynajmniej w części są realne? Wtedy, jak sądzę, warto im się przyjrzeć. Warto również dlatego, żeby pomóc ewentualnym budowniczym takich struktur ocenić szanse ich przetrwania.

Na umownie rozumianej prawicy w Polsce panuje obecnie konsensus co do tego, że projekt federacji europejskiej poniósł klęskę, przy czym nie ma zgody, co do określenia jej źródeł. Jedni wskazywać będą piękno pierwotnego projektu Schumanna i Moneta, wynaturzonego przez kastę eurobiurokratów, którzy odebrali Unię obywatelom, tworząc koszmarny gąszcz nikomu niepotrzebnych regulacji i przepisów. Inni dowodzić będą, że przyczyn niepowodzenia szukać należy już w latach 50., kiedy powołano do życia post-arystokratyczną grupę prawników, kontrolujących procesy demokratyczne w państwach Zachodu (i tworzącym się superpaństwie europejskim), samemu natomiast będących wyjętymi spod jakiejkolwiek demokratycznej kontroli.

W moim odczuciu jest jeszcze jeden powód, który chyba ze względów psychologicznych nie bywa szeroko dopuszczany do polskiej świadomości: poszerzenie UE z roku 2004 jako początek końca. Przypomnijmy, że największe w dziejach (terytorialne, ludnościowe) powiększenie wspólnoty wprowadziło w unijny krwioobieg ok. 100 milionów zupełnie nowych ludzi. Ludzi postrzeganych jako ubodzy kuzyni, domagający się partycypacji w dobrobycie, ale jednocześnie stanowiący zagrożenie dla własnych obywateli na rynku pracy, co dobitnie pokazała kampania wykorzystująca polskiego hydraulika jako argument przeciwko unijnej konstytucji. Rzecz miała miejsce w roku 2005, przez co można ją traktować jako nierozerwalną genetycznie z przyłączeniem do Wspólnoty 10 krajów zaledwie rok wcześniej. Z drugiej strony zdecydowaną większość nowych wówczas krajów (demograficznie rzecz ujmując była to w ogóle większość przytłaczająca) stanowiły dawne KDL-e. Co z jednej strony warunkowało zupełnie inne niż na Zachodzie podejście do Rosji, ale również większą predylekcję do nieufności wobec tworzenia federacji, jaką de facto był Blok Wschodni.

Im bardziej stara Unia (umowne nazwijmy ją dawnym imieniem Wspólnoty Węgla i Stali) będzie uciekać do przodu, tym bardziej Europa Wschodnia będzie próbowała hamować rozpędzający się pociąg. Cudów nie ma: będzie musiało dojść do rozwodu. Prawdopodobnie będzie on tak samo aksamitny jak ten między UE a Wielką Brytanią. Na Węgrzech czy na Polsce nie będzie ciążyć odium twórcy precedensu. Być może zresztą Polska i Węgry jako enfants terribles zostaną delikatne wypchnięte z europejskiego klubu euro-entuzjastycznych zwolenników dobrego geszeftu naftowego z Rosją.

Tu pojawia się kwestia zasadnicza dla Polski. Czy winna ona przeorientować swoją politykę, by na powrót stać się europejskim czempionem Europy wschodniej, licząc na to, że dzięki temu zwiększy swoją pozycję negocjacyjną w rozmowach ze Wspólnotą Węgla i Stali? Nie wydaje się, żeby to był dobry pomysł. Role pomału zaczynają się odwracać i co raz bardziej to Unia jest brzydką panną na wydaniu, by przytoczyć słowa Władysława Bartoszewskiego. Pogubiona, duszona pętami rozlicznych regulacji, coraz mniej demokratyczna, wobec czego coraz mniej rozpoznawana jako swoja przez swych mieszkańców, naszpikowana niepoddającym się akulturacji muzułmanów, opętana własną ideologią, która, mając być bronią przeciw konserwatywnemu (tradycjonalistycznemu) myśleniu, stała się upuszczonym we własnych szeregach granatem… Unia co chwila wstrząsana zamachami, pochłaniającymi 100-200 ofiar, życie w ciągłym strachu – nie wiadomo czy bardziej przed muzułmańskim zagrożeniem, czy przed popełnieniem myślozbrodni politycznej niepoprawności. 

Polska powinna tedy wystąpić z własnym projektem politycznym i, jak się wydaje, taki projekt jest – w ramowym sensie – gotowy. To projekt Międzymorza, który w nieodległej przeszłości był szeroko dyskutowany na łamach Teologii Politycznej, wobec czego autor niniejszego tekstu czuje się zwolniony z obowiązku opisywania go od podstaw.

Co ciekawe, nowa polityczna mapa Europy w 2022 roku, o której była mowa na początku tekstu zawiera tenże projekt Intermarium. Oto od zatoki Fińskiej na północy po Chorwację i Bułgarię – z wyłączeniem Węgier – na południu rozciąga się (kon)federacja nazwana przez autora Unią Europejską. Rzecz jasna schlebia polskiej miłości własnej myśl, że z brytyjskiego punktu widzenia takie państwa, jak Polska czy Ukraina lepiej dziś stosują etykę protestancką w praktyce, niż protestancka de iure Holandia, czy Szwecja, ale chyba chodzi tu o coś więcej. O ile bowiem autor mapy nazywa to, czemu roboczo nadałem tytuł Wspólnoty Węgla i Stali, państwem Merkelreich – trafnie wskazując hegemoniczne ciągoty Niemiec z jednej strony i autorytaryzm sterników niemieckiego państwa z drugiej, Międzymorze posiadałoby nad swoim sąsiadem tę przewagę moralną, że nawet wyróżniająca się na tle innych podmiotów Intemrarium siła Polski – przede wszystkim ekonomiczna – może zostać zbalansowana przez potencjał gospodarczy Ukrainy i Rumunii. Ale znowu jest w tym chyba coś jeszcze. Nie podobna dojść bez odbycia rozmowy z autorem mapy, na ile świadomie, a na ile intuicyjnie, ale jednak założył on, że Polska w Międzymorzu nie będzie dążyć do bezwzględnej hegemonii, ponieważ… nie leży to ani w naturze Polaków, ani w polskiej tradycji politycznej – nawet tej najbardziej zamaszystej, piłsudczykowskiej. Polska w tym układzie mogłaby co najwyżej odgrywać rolę primus inter pares.

Na koniec dodajmy jeszcze i to, że jakkolwiek federacja europejska zdaje się walić w gruzy, o tyle są federacje, które albo się sprawdzają, albo sprawdzały się długo. Tym, co zdaje się przesądzać o ich trwałości jest (oprócz siły militarnej) pewna pozornie wykluczająca się zależność między maksymalną siłą oddziaływania kulturowego centrum a maksymalną swobodą polityczną peryferii, tak jak to miało miejsce w I Rzeczpospolitej. Przy czym owo Intemarium – Trójkąt ABC (Adriatyk-Bałtyk-Morze Czarne) musiałoby składać się formalnie z takiej liczby podmiotów – jak to miejsce w USA – ile państw umówiłoby się na jej tworzenie. Nie wolno powtórzyć błędu spóźnionej Ugody Hadziackiej, która dopiero w 1658 powołała do życia Rzeczpospolitą trójczłonową – polsko-litewsko-ruską. Cały dramat polegał na tym, że to wielkie polityczne porozumienie zostało podpisane już po tym, jak powstanie Chmielnickiego wykopało przepaść między braćmi Rzeplitami.

Niekoniecznie – choć zabrzmi to, co najmniej jak heterodoksja dla polskiego ucha – widziałbym w nowym, post-piłsudczykowskim Międzymorzu Węgrów. Pierwszy powód jest najboleśniej pragmatyczny: za Węgrami nie przepadają ani Słowacy, ani Chorwaci, ani Rumuni, ani Ukraińcy. Trochę za dużo tych narodów. Kongres słowiański w Pradze w roku 1848 okazał się nieporozumieniem między innymi dlatego, że skrajnie odmienny stosunek do Madziarów prezentowali z jednej strony Polacy, z drugiej chociażby właśnie Chorwaci. Drugi powód jest natury moralnej: nie może być zgody na pokątne interesy z Moskwą – a takie ostatnio prowadził Viktor Orban – kosztem polityki ekonomicznej, czy wręcz aksjologicznej Międzymorza wobec Kremla.

Najbardziej ambitnym zadaniem w kontekście poszerzenia zasięgu Międzymorza byłoby oczywiście pozyskanie Białorusi. Zadanie to jawi się jako szalenie ważne ze względów historycznych (to tam biło serce Wielkiego Księstwa Litewskiego) oraz geopolitycznych – odsuwałoby zagrożenie rosyjskie z linii Bugu na linię Dniepru – a to, jak sądzę, zawsze warte jest wysiłku. Dodatkowym plusem byłoby powiększenie ludności Intermarium o dodatkowe kilkanaście milionów osób, co z kolei pozwoliłoby na uzyskanie zauważalnej przewagi demograficznej nad FR.

Nauczeni doświadczeniem Unii Europejskiej politycy Intermarium prawdopodobnie nie ulegliby zrodzonej z oświeceniowej pychy pokusie inżynierii społecznej, tak typowej dla Zachodu, przede wszystkim zaś Francji i Belgii, w Polsce natomiast, czy w Wielkiej Brytanii wywołującej – czego dowodem Brexit – ledwo hamowaną agresję. Swoją drogą społeczeństwa państw, które stworzyłyby (kon)federację międzymorską żyją w dużej mierze w sposób tradycyjny, a horyzont problemów dnia codziennego wyznacza tam często konieczność pracy na dwóch etatach, by zapewnić dzieciom wykształcenie, nie zaś walka o prawa mniejszości seksualnych.

Jagiellonia.org / Kresy24.pl / Dominik Szczęsny-Kostanecki

/ Sojusz Orła z Tryzubem

Dlaczego Piłsudski walczył o niepodległą Ukrainę?

„W imieniu Polski wznoszę okrzyk: niech żyje wolna Ukraina!” – fraza wypowiedziana przez Józefa Piłsudskiego 17 maja 1920 roku w Winnicy doskonale odzwierciedla główną ideę koncepcji geopolitycznej Marszałka.

Naczelny Wódz zdawał sobie sprawę, że bez wolnej Ukrainy nie będzie wolnej Polski, dlatego walka o odzyskanie ukraińskiej niepodległości stała się priorytetem w polityce zagranicznej Piłsudskiego. W przeddzień wyprawy kijowskiej wiosną 1920 roku Naczelnik Państwa powiedział: „Idąc w głąb Ukrainy, ale tylko do granic 1772 roku, przez to samo nie uznajemy rozbiorów i głosząc samostijność na tych ziemiach, jakby poprawiamy błędy naszych przodków. Chcemy dać [Ukrainie] możliwość samookreślenia i rządzenia się przez własny naród. […] Postawiłem na kartę […], żeby coś zrobić na przyszłość dla Polski, choć takim sposobem osłabić możliwości przyszłej, potężnej Rosji, i jeśli się uda, dopomóc [w] stworzeniu Ukrainy, która będzie zaporą między nami i Rosją, i na długie, długie lata nie będzie nam groźna”.

Siły Rosji nie boję się

Marszałek Piłsudski marzył o federacji państw od Bałtyku po Morze Czarne i był nieugięty w dążeniu do realizacji tego projektu. Najwymowniej świadczą o tym słowa wypowiedziane przez Wodza 31 lipca 1919 roku w Belwederze do hr. Michała Kossakowskiego: „Mamy takie nieocenione chwile, taką wspaniałą okazję dokonania na wschodzie wielkich rzeczy, zajęcia miejsca Rosji, tylko z odmiennymi hasłami, i wahamy się? […] Siły Rosji nie boję się. Gdybym teraz chciał, szedłbym teraz choćby do Moskwy, i nikt by nie zdołał przeciwstawić się mej sile. […] Zginę raczej, niźlibym miał z czasem rozpaczać, że mi zabrakło odwagi do wyzyskania może jedynej okazji wskrzeszenia całej wielkiej i potężnej Polski”.

Marszałek Piłsudski marzył o federacji państw od Bałtyku po Morze Czarne i był nieugięty w dążeniu do realizacji tego projektu. Najwymowniej świadczą o tym słowa wypowiedziane przez Wodza 31 lipca 1919 roku w Belwederze do hr. Michała Kossakowskiego: „Mamy takie nieocenione chwile, taką wspaniałą okazję dokonania na wschodzie wielkich rzeczy, zajęcia miejsca Rosji, tylko z odmiennymi hasłami, i wahamy się? […] Siły Rosji nie boję się. Gdybym teraz chciał, szedłbym teraz choćby do Moskwy, i nikt by nie zdołał przeciwstawić się mej sile. […] Zginę raczej, niźlibym miał z czasem rozpaczać, że mi zabrakło odwagi do wyzyskania może jedynej okazji wskrzeszenia całej wielkiej i potężnej Polski”.

Defilada Wojska Polskiego na Chreszczatyku, 9 maja 1920

Symon Petlura i oficerowie armii URL w Kijowie. W środku, na pierwszym planie płk Marko Bezruczko

Wyjaśniając swoje zamiary w rozmowie z gen. Listowskim, Piłsudski zaznaczył: „Granic 1772 roku tworzyć nie mogę, jak kiedyś chciałem. Polska nie chce tych kresów, Polska nie chce ponosić ofiar, wszystkie partie się wyraźnie wypowiedziały, nie chcemy ponosić kosztów, ani nic dać… a bez wysiłków, ofiar – nic tworzyć nie można! Zatem innego wyjścia nie ma – jak spróbować stworzyć samostijną Ukrainę”.

Z kolei Symon Petlura, Naczelny Ataman wojsk Ukraińskiej Republiki Ludowej (URL), nie tracił nadziei na wywalczenie niepodległości państwowej. W tym celu szukał porozumienia z Polakami. Uczestnik wojny polsko-bolszewickiej gen. Tadeusz Kutrzeba w swej pracy „Wyprawa kijowska 1920 roku” napisał: „Petlura reprezentował realne polityczne i wojskowe wartości. Jego program polityczny obejmował ponowne utworzenie rządu URL, która miała być niezależną od Rosji – czy białej, czy czerwonej. Petlurze podporządkował się rząd ukraiński pod prezydentem Mazepą, a armia ukraińska pod wodzą Pawłenki istniała realnie i reprezentowała zbrojnie państwowość ukraińską. Armia ta dowiodła swej bitności podczas swego »pochodu zimowego«, tocząc od 6 grudnia 1919 roku do 5 maja 1920 roku skuteczne partyzanckie walki z siłami sowieckimi. Wreszcie stale wybuchające na Ukrainie powstania przeciwbolszewickie pozwalały sądzić, że wpływy Petlury sięgają w głąb mas ukraińskich. Petlura już rządził na Ukrainie i miał znowu rządzić”.

Poprawiamy błędy przodków

22 kwietnia 1920 roku doszło do podpisania polsko-ukraińskiej umowy, tzw. umowy warszawskiej, przewidującej wspólną walkę z bolszewikami. Niedługo przed tym, w marcu tego roku, na terytorium Polski rozpoczęło się formowanie oddziałów armii URL. W Brześciu Litewskim powstała 6 Dywizja Strzelecka, na czele której stanął pułkownik Marko Bezruczko. Natomiast w rejonie Kamieńca Podolskiego zorganizowano 2 Dywizję Strzelecką, której dowódcą był płk Oleksander Udowyczenka.

Tak więc na mocy umowy zawartej między rządami Ukraińskiej Republiki Ludowej i II Rzeczypospolitej strona polska uznawała istnienie URL i rezygnowała z roszczeń do ziem sięgających granicy Polski z 1772 roku. Strona ukraińska zaś zgadzała się, że Wołyń i Galicja Wschodnia staną się integralną częścią II RP. Ustalono, że granica między państwami przebiegać będzie wzdłuż linii rzek Zbrucz – Prypeć. Trzy dni później, 24 kwietnia, najbliższy współpracownik Józefa Piłsudskiego Walery Sławek jako pełnomocnik Naczelnego Wodza oraz generał-chorąży armii URL Wołodymyr Sinkler podpisali ściśle tajną konwencję wojskową w sprawie współdziałania militarnego przeciwko bolszewikom.

Za naszą i waszą wolność!

Pod tym hasłem 25 kwietnia 1920 roku połączone wojska polsko-ukraińskie pod dowództwem Marszałka Józefa Piłsudskiego zaatakowały bolszewików na całym froncie ukraińskim. Sojusznicy przedarli się przez front sowieckiej 12 Armii. W pierwszym dniu operacji wojska generała Rybaka uwolniły Owrucz. O świcie 26 kwietnia zmotoryzowana Dywizja Piechoty generała Edwarda Rydza-Śmigłego po trzygodzinnej bitwie na obrzeżach miasta zdobyła Żytomierz. Tego samego dnia zostały opanowane Korosteń i Radomyśl.

W Żytomierzu Józef Piłsudski wygłosił odezwę do „Do wszystkich mieszkańców Ukrainy”, podkreślając, że Ukraińcy mają prawo do własnego niepodległego państwa. „Ludności tych ziem czynię wiadomym, że wojska polskie usuną z terenów, przez naród ukraiński zamieszkanych, obcych najeźdźców […] Wojska polskie pozostaną na Ukrainie przez czas potrzebny na to, by władzę na ziemiach tych mógł objąć prawy rząd ukraiński” – zadeklarował Marszałek.

Naczelny Ataman Symon Petlura też zwrócił się z odezwą „do narodu Ukrainy”, zapewniając, że „Polska przychodzi Ukrainie z pomocą jako sojusznik w walce z moskiewskimi bolszewikami –okupantami”. Ukraiński przywódca podkreślił, że: „Wspólną walką zaprzyjaźnionych armii – ukraińskiej i polskiej – naprawimy błędy przeszłości, a krew, wspólnie przelana w bojach przeciw odwiecznemu historycznemu wrogowi, Moskwie, który ongiś zgubił Polskę i zaprzepaścił Ukrainę, uświęci nowy okres wzajemnej przyjaźni ukraińskiego i polskiego narodu”.

Następnego dnia, 27 kwietnia, pododdziały 59 Pułku Piechoty wkroczyły do Berdyczowa oraz opanowały ważny węzeł kolejowy Koziatyn. Na Podolu oddziały 6 Armii generała Iwaszkiewicza zdobyły Winnicę, Bar i Żmerynkę. Północna grupa wojsk polskich zajęła Czarnobyl i zbliżyła się do Dniepru w rejonie ujścia Prypeci. Zdemoralizowana rosyjska 12 Armia została rozproszona i zniszczona. Czerwoni w zamieszaniu i panice uciekali na wschód.

28 kwietnia w Monitorze Polskim (nr 97 z 28.04.1920 r.) zostały opublikowane Komunikaty ministrów spraw zagranicznych Polski i Ukrainy w sprawie wzajemnego uznania państw i rządów obu krajów.

Niech żyje wolna Ukraina!

Przebywając w Żytomierzu, Piłsudski wziął udział w obchodach 129. rocznicy Konstytucji 3 maja i wydał rozkaz operacyjny zajęcia Kijowa. 5 maja doszło do spotkania Marszałka z Petlurą. 

Tego samego dnia w czasie narady polskiego sztabu na dworcu kolejowym w Berdyczowie Naczelny Wódz po raz kolejny podkreślił, że pragnie pomóc Ukraińcom w walce narodowowyzwoleńczej i nie chce odbudowy Rzeczypospolitej w granicach z 1772 roku. „Zwracam się do miejscowych Polaków, żeby mnie zrozumieli i pomogli. To jest w ich interesie, nie zajmować się sabotażem, a razem z Ukraińcami tworzyć państwo. Granic z 1772 roku odnawiać nie będę, jak kiedyś pragnąłem. Polska nie potrzebuje tych ziem […] Innego wyjścia nie ma, jak stworzyć samodzielną Ukrainę” – zaznaczył.

Marszałek Wojsk Polskich Józef Piłsudski na głównym placu Żytomierza

Dwa dni później polska kawaleria oswobodziła Kijów. Cała prawobrzeżna Ukraina została opanowana za cenę 150 zabitych i 300 rannych. W celu wzmocnienia poparcia rządu ukraińskiego Piłsudski zabronił wywieszania polskich flag, nakazał wieszać ukraińskie. 9 maja przy nieopisanym entuzjazmie ludności w stolicy państwa ukraińskiego odbyła się wspólna defilada zwycięskich oddziałów polsko-ukraińskich. Jak wspominał gen. Tadeusz Kutrzeba, wypadła bardzo dobrze. „Przed oczyma licznych tłumów przemaszerowały w świetnej postawie – ze sztandarami, orkiestrami i fanfarami – oddziały polskie i 6 dywizja Armii Petlury sformowana w Brześciu. Wrażenie było potężne: patrzące tłumy powtarzały, że od czasu wymarszu Niemców nie widziano na Ukrainie wojska prezentującego się tak znakomicie” – napisał.

17 maja przed opuszczeniem Ukrainy Piłsudski odwiedził Petlurę w Winnicy i w wygłoszonym przemówieniu powiedział: „Wolna Polska nie może być istotnie swobodna, dopóki naokoło panuje wciąż hasło niewolniczego poddania woli narodowej przemocy terroru. Polska, osiągnąwszy największy skarb na ziemi, tj. wolność, zdecydowała się odrzucić wszystko to, co wolności zagraża, jak najdalej od swych granic”.

II Rzeczpospolita była jedynym państwem, które udzieliło Ukraińskiej Republice Ludowej wsparcia militarnego. W ciągu zaledwie jednego miesiąca działań wojennych armia Petlury z 4 tys. żołnierzy rozrosła się do 20 tys. Sztab armii URL zdążył opracować plan mobilizacji, w wyniku której na Ukrainie miała powstać 200-tysięczna armia. A jednak z powodu pewnych okoliczności wyprawa kijowska zakończyła się niepowodzeniem…

Cud nad Dnieprem się nie zdarzył

Na początku czerwca 1 Armia Konna przedarła się przez front, a 13 czerwca wojska polskie zostały zmuszone do opuszczenia Kijowa, którego niewielkie oddziały ukraińskie nie były w stanie same utrzymać. Należy przy tym podkreślić, że żołnierze ukraińscy walecznie stawali przeciwko bolszewikom, a 6 Dywizja Strzelecka Bezruczki obroniła Zamość i powstrzymała hordy Konarmii Budionnego w czasie bitwy warszawskiej latem 1920 roku.

Niecały rok później polska delegacja zdominowana przez zorientowanych prorosyjsko polityków endeckich podpisała 18 marca 1921 roku w Rydze traktat pokojowy między Polską a bolszewicką Rosją, który de facto przekreślał niepodległościowe szanse Ukrainy. Zwycięzcy zostali potraktowani jak pokonani. Postanowienia pokoju ryskiego dla Piłsudskiego oznaczały kres marzeń o federacji państw międzymorza bałtycko-czarnomorskiego. To była największa porażka polityczna Marszałka.

Traktat ryski był faktycznym anulowaniem paktu Piłsudski-Petlura i wycofaniem się II Rzeczpospolitej z uznania dyplomatycznego Ukraińskiej Republiki Ludowej. Dotychczasowe wojska sojusznicze trzeba było internować. 15 maja 1921 roku, zwracając do Ukraińców internowanych w Kaliszu i Szczypiornie, Piłsudski kilkakrotnie ze łzami w oczach powtarzał: „Panowie, ja was przepraszam. Ja was bardzo przepraszam. Mój plan runął. Nic z tym nie mogę zrobić”. Według wspomnień obecnego na tym spotkaniu płk. Juliusza Ulrycha przebiegało ono w szczególnej atmosferze: „takiego morza entuzjazmu, takiego bezmiaru uczuć, takiego zbiorowego wzruszenia – nie widziałem nigdy i nie przeżywałem nigdzie. Wielu płakało, nie ukrywając łez”.

Katastrofalne skutki dla Polaków

Losy Polaków i Ukraińców są ściśle związane. Utrata wolności przez Ukrainę w perspektywie średniookresowej prowadzi do upadku państwa polskiego. Tę cechę wspólnego geopolitycznego przeznaczenia dobrze rozumiał Józef Piłsudski, który walcząc o wskrzeszenie niepodległego państwa ukraińskiego, bronił przede wszystkim bezpieczeństwa narodu polskiego.

Niestety, w 1920 roku w Kijowie, w przeciwieństwie do Warszawy, cud się nie zdarzył. Konsekwencje tej porażki dla Polski i Ukrainy okazały się w niedługim czasie tragiczne. Po 13 latach miliony mieszkańców Ukrainy straciły życie wskutek Wielkiego Głodu wywołanego przez stalinowców. 11 sierpnia 1937 roku szef NKWD Nikołaj Jeżow podpisał rozkaz o rozpoczęciu operacji polskiej, której celem było ludobójstwo Polaków mieszkających w Związku Sowieckim. W jej trakcie bezpośrednio zamordowano około 111 tys. Polaków.

Kilka lat później, w 1939 roku, bolszewicy z hitlerowcami dokonali czwartego rozbioru Polski. W 1940 roku w Katyniu strzałami w tył głowy stalinowcy wymordowali elitę państwa polskiego. Niestety, obawy Piłsudskiego, że bez wolnej Ukrainy nie będzie wolnej Polski, stały się rzeczywistością. Mroczne dziesięciolecia niewoli trwały do początku lat 90. XX wieku.

Dwa dni później polska kawaleria oswobodziła Kijów. Cała prawobrzeżna Ukraina została opanowana za cenę 150 zabitych i 300 rannych. W celu wzmocnienia poparcia rządu ukraińskiego Piłsudski zabronił wywieszania polskich flag, nakazał wieszać ukraińskie. 9 maja przy nieopisanym entuzjazmie ludności w stolicy państwa ukraińskiego odbyła się wspólna defilada zwycięskich oddziałów polsko-ukraińskich. Jak wspominał gen. Tadeusz Kutrzeba, wypadła bardzo dobrze. „Przed oczyma licznych tłumów przemaszerowały w świetnej postawie – ze sztandarami, orkiestrami i fanfarami – oddziały polskie i 6 dywizja Armii Petlury sformowana w Brześciu. Wrażenie było potężne: patrzące tłumy powtarzały, że od czasu wymarszu Niemców nie widziano na Ukrainie wojska prezentującego się tak znakomicie” – napisał.

17 maja przed opuszczeniem Ukrainy Piłsudski odwiedził Petlurę w Winnicy i w wygłoszonym przemówieniu powiedział: „Wolna Polska nie może być istotnie swobodna, dopóki naokoło panuje wciąż hasło niewolniczego poddania woli narodowej przemocy terroru. Polska, osiągnąwszy największy skarb na ziemi, tj. wolność, zdecydowała się odrzucić wszystko to, co wolności zagraża, jak najdalej od swych granic”.

II Rzeczpospolita była jedynym państwem, które udzieliło Ukraińskiej Republice Ludowej wsparcia militarnego. W ciągu zaledwie jednego miesiąca działań wojennych armia Petlury z 4 tys. żołnierzy rozrosła się do 20 tys. Sztab armii URL zdążył opracować plan mobilizacji, w wyniku której na Ukrainie miała powstać 200-tysięczna armia. A jednak z powodu pewnych okoliczności wyprawa kijowska zakończyła się niepowodzeniem…

Jagiellonia.org / Włodzimierz Iszczuk

Artykuł ukazał się w „Głosie Polonii” (nr 13 – 14) 15.11.2015.