Rosyjscy imperialiści przygotowują się do nowej wojny światowej. Wiceprezydent Rosyjskiej Akademii Geopolityki, specjalista w zakresie wojskowości, dr hab. Konstanty Siwkow chciałby, aby rozpoczęła się ona w najbliższym czasie. Uważa, że jest to jedyna „droga ku przyszłości”. Zdaniem profesora wojna światowa, w której zastosowana będzie broń jądrowa, potrwa od 6-7 do 25-30 lat. Całkowite straty ludności na świecie przekroczą − według niego − liczbę kilkuset milionów ludzi. W kręgu wpływowych rosyjskich polityków można znaleźć wiele osób, które mają podobne poglądy.

Kremlowscy czekiści prą do ArmagedonuSkąd my mamy pewność, że Władimir Putin robi sobie z Rosją, co mu się żywnie podoba? Kręci nią jak chce? Czy cała zwariowana rosyjska rzeczywistość jest owocem jego niezdrowych poglądów, realizowanych w praktyce? Czy może na odwrót? Może to właśnie Putin jest wypadkową zwariowanych poglądów współczesnej Rosji?

Każda wojna ma swojego Hitlera

Winston Churchill w swoich wspomnieniach dowodził, że II wojna światowa wybuchłaby nawet wtedy, gdyby Hitlera nie było. Przecież nieomal nazajutrz po zawarciu pokoju w Wersalu w 1919 roku generałowie rozbitej niemieckiej armii wzięli się za planowanie nowego globalnego konfliktu. Hitlera znaleźli po prostu jako najbardziej odpowiednie narzędzie zemsty na całej europejskiej cywilizacji. A fürer wniósł do tej wojny całą paletę własnych absurdalnych idei, egzotyki i ezoteryki.

W ostatnich dniach maja tego roku eksdoradca Putina, ekonomista Andriej Illarionow w przemówieniu na forum Komitetu ds. Ekonomiki i Bezpieczeństwa Zgromadzenia Parlamentarnego krajów NATO zwrócił uwagę na putinowskie plany wzniecenia czwartej (sic!) wojny światowej. Wódz Kremla miał o tym powiedzieć podczas uroczystości związanych z aneksją Krymu. Ideę Putina żywo podchwycili w komentarzach nadworni analitycy Siergiej Kurginian i Siergiej Markow. Pierwszy z nich wyjaśnił, dlaczego to będzie nie trzecia, tylko czwarta wojna światowa. Drugi natomiast ukazał jej cel, nadzwyczaj prosty: wrogi dla Rosji świat anglosaski powinien zostać zniszczony, a przyjazna dla Rosji Europa kontynentalna stanie się sprzymierzeńcem Kremla.

Żądza władzy i krwi

Czy to jest jednak wyłącznie putinowska idea? Wydaje się, że nie. Prezydent Rosji wypowiedział jedynie głośno to, o czym od 20 lat bębnią postsowieccy generałowie, rosyjscy oligarchowie i naziści. Żyjąc w swoim kraju, zapatrzeni w swoją przyszłość, nie usłyszeliśmy tych maniakalnych głosów, nie zaprzątnęły one naszej uwagi, dopóki nie spłynęły krwią na naszą ziemię.

Ulubieniec Putina, rosyjski pisarz i filozof Siergiej Pereslegin w swoim popularnym „Samouczku gry na światowej szachownicy” już na początku XXI stulecia dokładnie wyjaśnił, dlaczego dojdzie do wybuchu kolejnej wojny światowej. I nie będzie to „trzecia”, tylko „czwarta” wojna. Trzecia bowiem już miała miejsce − była to tzw. zimna wojna, którą ZSRR, a po nim jego spadkobierczyni − Rosja przegrała z kretesem. Poniosła druzgocącą klęskę. Autor niedwuznacznie wskazuje na to, że szansa została przegapiona podczas kryzysu kubańskiego, gdy chruszczowowską „kuźkiną mać” pokazano Zachodowi w „całej okazałości”. Potem wydarzyła się „tragedia”. „Stany Zjednoczone wcieliły w życie o wiele bardziej złożoną i, co za tym idzie, efektywniejszą strategię: wykorzystując przewagę w globalnej przestrzeni informacyjnej, zdołały przyporządkować całej kulturze światowej funkcje antysocjalistyczne” − pisze Pereslegin. Takiego ciosu Związek Sowiecki nie potrafił wytrzymać.

W „Mein Kampf” Adolf Hitler zawarł swoje krytyczne, niezwykle ostre refleksje po podpisaniu przez Niemców haniebnego − według niego − pokoju wersalskiego. Z pewnością podobne nastroje owładnęły świadomością młodego kagiebisty Putina po podpisaniu umów w Białowieży (które legitymizowały rozpad ZSRS). Należy jednak wątpić, czy będąc podówczas zwykłym ochraniarzem Anatolija Sobczaka, prezydenta Sankt Petersburga, był zorientowany w temacie. Za to tysiące komunistycznych teoretyków partyjnych, którzy znaleźli się poza burtą, skrytych zwolenników stalinizmu i reszta złośliwych karłów – wszyscy oni zaczęli przygotowania do rewanżu. Dla nich − jak twierdzi Pereslegin − rozpad imperium sowieckiego był odbierany jako wojenna agresja Zachodu, jako podstępna zdrada (déjà vu!) byłych sprzymierzeńców, którzy zanegowali „sprawiedliwy” podział świata na strefy wpływów po II wojnie światowej.
Przypatrzmy się bliżej temu, co o tych odczuciach mówił jeden z ideologów czwartej wojny światowej, wiceprezydent Rosyjskiego Kolegium ekspertów wojskowych, generał-major Aleksander Władimirow:
„Dzisiaj ponosimy skutki naszej wojennej porażki. Płacimy cenę utraty naszych interesów narodowych (terytorium, bogactw naturalnych, potencjału) i nagłego upadku roli i znaczenia jako supermocarstwa. Dla naszego przeciwnika najważniejsze jest to, aby Rosja nigdy się nie odrodziła »z popiołów«. To znaczy, że powinna zniknąć baza cywilizacyjna, kulturowa i ekonomiczna Rosji, a także jej potęga wojskowa”. Zostało to powiedziane nie od razu po rozpadzie ZSRS, na gorąco, lecz dopiero w 2012 roku.

Globalny konflikt nieunikniony?

Właśnie na nasze czasy przypada apogeum wypowiedzi o nieuniknionej czwartej wojnie światowej. Jej nieuchronność argumentowana jest samym istnieniem zachodniej cywilizacji, a zwłaszcza USA. „USA są jedynym państwem (krajem, narodem), które rozpętuje i prowadzi wojny, wszelkiego typu działania zbrojne” − pisze Władimirow. I jeszcze jedna uwaga innego eksperta wojskowego: „We wszystkich wojnach światowych obiektem roszczeń Zachodu była, jest i pozostaje Rosja” („Wojennoje obozrienije” z 12.09.2011 r.).

Jest wróg − jest ofiara. Jednakże, czy „Wielka Rosja” zgodzi się na taką rolę? I czy warto naśladować Stalina, który jak pospolity przestępca wstrzymał rozkaz o ofensywie w 1941 roku na Rzeszę?

3 maja 2011 roku, przemawiając w Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych, pierwszy wiceprezydent Akademii Geopolityki, dr hab. w dziedzinie wojskowości Konstanty Siwkow mówi o nowej wojnie światowej jako głównym narzędziu wyjścia z globalnego kryzysu. Uważa, że jest to jedyna „droga ku przyszłości”.

Rosyjska „droga ku przyszłości”

Zdaniem profesora „nowa wojna światowa będzie prowadzona o duchowe fundamenty nowego porządku światowego: albo u podstaw legnie indywidualizm, egoizm, ucisk jednego podmiotu przez drugi, zasada przetrwania kosztem innych [tutaj ma na myśli europejską demokrację], albo bazą relacji międzynarodowych stanie się wspólnotowość, dominacja wspólnych interesów rozwoju i współpracy nad indywidualnymi, zasada współistnienia za cenę wzajemnej pomocy [czytaj: »Russkij mir«]”.

Przy czym dla obrony tej „wspólnotowości”, jak uważa uczony, dobre są wszystkie metody, włącznie z zastosowaniem arsenału jądrowego „jako ostatecznego środka przymusu dla osiągnięcia pokoju” (znany argument!). „Ten etap będzie nader krótki! −zaznacza Siwkow. – Jego cechą charakterystyczną będzie użycie przez strony broni jądrowej (przeważnie taktycznej) w charakterze pojedynczych i grupowych uderzeń na tle trwających nadal walk z wykorzystaniem broni konwencjonalnej”. Według szacunków profesora czwarta wojna światowa może objąć okres od 6-7 lat do 25-30. „Ogólne straty ludności świata mogą przekroczyć kilkaset milionów osób”.

Moskwa ogniskiem terroryzmu

Po Peresleginie teoretycy czwartej wojny światowej tworzą metodykę walki przeciwko pokojowi euroatlantyckiemu, w której obok wojny informacyjnej mogą być wykorzystywane sprawdzone również w walkach Al-Kaidy i czeczeńskich bojowników masowe akty terrorystyczne, „zaopatrzenie w broń narodów krajów europejskich, niezadowolonych z działań ich rządów”, przekupstwo skorumpowanych urzędników i inne.

Rzecz jasna, cywilizacja zachodnia jest twardym orzechem do zgryzienia. Ma jednak słabe ogniwo. „Ich (krajów zachodnich) podstawowym problemem pozostaje wysoka wrażliwość wobec strat składu osobowego sił zbrojnych oraz brak gotowości ludności do wojny, co znaczną miarą przejawia się w braku ideologii wojny” (Siwkow). A więc wystarczy zaproponować mieszkańcom Zachodu masową wymianę ofiar, a zaczną prosić o pokój. (My jednak nadal spodziewamy się, że zbyt wysoka cena za inwazję na nasze tereny kogoś powstrzyma).

Z kolei Rosjanom proponuje się uznanie „ideologii wojny” za styl życia. „Sytuacja nieogłoszonej wojny wymaga od rosyjskiego społeczeństwa zmiany podstawowych pojęć i wartości – wnioskował kolejny teoretyk czwartej wojny światowej, generał-major L. Szerszniew we wrześniu 2011 roku. – Potrzebne jest przejście do mobilizacyjnego trybu życia. Wymaga się dostosowania stylu życia do wojny, zwiększenia poczucia odpowiedzialności za los Rosji każdego z osobna, a nawet całej ludzkości”.

Powtarza to wspomniany już generał Władimirow: „Szczególny tryb funkcjonowania władz państwowych, który ma na myśli twardy pion wykonawczy, obecność przymusu pozaekonomicznego oraz ograniczenia konsumpcji i wolności, i tak dalej – w warunkach wojny »poza walką zbrojną«, jak w chwili obecnej, aspekty te powinny występować w życiu kraju w bardziej ukrytych formach”.

Oczywiście, nie może się obejść bez wykorzenienia „demokracji” i „przesadnej uwagi dla kwestii praw narodów i państw”, narzucanych przez Amerykanów, „dla prawnego wsparcia własnej »samowoli«”.

W drodze do Armagedonu

Do mobilizacji rosyjskiego społeczeństwa dla ostatniej i zdecydowanej walki dołącza się wielu – zaczynając od osławionego pisarza i piewcy czwartej wojny światowej Anatola Pietuchowa, który pisze, że Rosja i Rosjanie mają „bezwzględne powszechne prawo do podziału świata”, które „uzasadnia się obowiązkiem superetnosu [rosyjskiego] wyzwolenia narodów planety od totalitarnej faszystowskiej tyranii i »demokratycznego« zacofania archantropów USA i NATO”. Kończąc na astrologu Pawle Globie, który jeszcze w 2010 roku nie tylko zapowiedział początek nowej wojny światowej na rok 2014, ale nieprawdopodobnie dokładnie określił plany rosyjskich wojskowych na terytorium Ukrainy (jej podział na quasi-państwa). Również Globa za wszystko wini Amerykę.

Za apogeum tego wszystkiego można jednak uznać odkrycie członka Akademii Nauk Wojskowych Federacji Rosyjskiej, profesora Państwowego Uniwersytetu Moskiewskiego Siergieja Małkowa, ogłoszone przez niego w kwietniu ubiegłego roku. Opierając się na teorii „długich fal” sowieckiego ekonomisty Nikołaja Kondratjewa, zapowiedział nieuniknione rozpoczęcie nowej wojny światowej w najbliższym czasie. I jak się domyślacie, „długie fale” też wskazują na Amerykę.

Ale jak mogliśmy nie zauważyć tego wszystkiego u sąsiadów wcześniej? I dlaczego jesteśmy nieprzygotowani nawet do wojny lokalnej, podczas gdy elita Rosji zdążyła przygotować swoje społeczeństwo do wojny światowej?

Antychryst czeka na okazję

Czy Putin, gdy oczekuje się od niego triumfalnej czwartej wojny światowej, może przyhamować, zaledwie okopawszy się przy ukraińskiej granicy? Wątpliwe. Przygotowująca się do podziału świata posowiecka elita będzie uważała to za porażkę. Ponadto, czy można wyjaśnić Rosjanom, gotowym do złożenia siebie w ofierze dla „wspólnotowych duchowych podstaw nowego porządku światowego”, że to wszystko to tylko głupi żart? Taki przywódca nie jest im potrzebny. Ulepią nowego golema, prowadzącego ich do Armagedonu.

Zdolności Putina nie mają tu nic do rzeczy. Jeżeli na razie wyczekuje, to z dwóch powodów. Przede wszystkim ci sami rosyjscy eksperci wojskowi ostrzegają, że Federacja Rosyjska nie jest jeszcze technologicznie przygotowana do czwartej wojny światowej. Uzbroi się mniej więcej do roku 2018. (Przykro – Majdan zmusił Kreml do odkrycia kart przed czasem). Jest też drugi warunek: aby globalne działania wojskowe powiodły się, trzeba wciągnąć do koalicji Chiny, Indie i Iran. Ni mniej, ni więcej. Chiny próbuje się kupić za gaz, lecz raczej nie są obecnie gotowe zaopatrywać Putina w mięso armatnie. Iran z kolei w ogóle nie ma nic przeciwko zawarciu pokoju ze światem zachodnim.

Być może Putin ma jakiś inny, wyjątkowy sposób, aby pokonać cały cywilizowany świat w czwartej wojnie światowej? Niestety, astrolog Paweł Globa w tej kwestii zachowuje milczenie.

Jagiellonia.org / Jewgienij Jakunow