W 1937 roku Józef Łobodowski, poeta, prozaik i publicysta, został zaproszony przez wojewodę wołyńskiego Henryka Józewskiego, aby przeniósł się na stałe do Łucka i redagował tygodnik „Wołyń”, z którym współpracował od 1933 roku. W piśmie, związanym z proukraińską polityką Józewskiego, dominowała tematyka polsko-ukraińska. Łobodowski przyjął zaproszenie tym chętniej, że polityka prowadzona przez wojewodę odpowiadała jego poglądom. Okres spędzony na Wołyniu odegrał ogromną rolę w pogłębianiu wiedzy Łobodowskiego na temat życia na Ukrainie, a zwłaszcza mentalności Ukraińców.

0003_MatkowskiOd 1932 roku aż do początku drugiej wojny światowej Łobodowski głośno mówił i pisał o problemach polsko-ukraińskich na łamach takich pism jak „Barykady”, „Biuletyn Polsko-Ukraiński”, „Gazeta Polska”, „Zet”, „Problemy Europy Wschodniej”, „Pion”, „Wiadomości Literackie”, „Wschód” i „Wołyń”. Z powodu rozbieżności z oficjalną polityką rządu wobec spraw ukraińskich, Łobodowski podpisywał się to własnym nazwiskiem, to pseudonimami: Stefan Kuryłło, s. k., S. K., J. Ł., Pszonka.
W okresie międzywojennym Łobodowski opublikował wiele artykułów, które, pokazując historię, kulturę i miejsce geopolityczne Ukraińców, wnosiły do społecznej świadomości obraz tego narodu i samej Ukrainy. Sporo tego rodzaju tekstów napisał po 1935 roku, a złożyło się na to kilka przyczyn. Jedną z nich było powstanie Trzeciej Rzeszy na Zachodzie i Sowieckiej Rosji na Wschodzie – krajów, które dążyły do opanowania terytorium Polski. Tym, co mogłoby według Łobodowskiego zahamować ekspansję obu potęg, było powstanie między nimi potężnego państwa mogącego stawić opór ich sile. Państwem takim mogłaby się stać wskrzeszona „Rzeczpospolita Jagiellońska” – czyli sojusz narodów: polskiego, ukraińskiego i litewskiego. Pojęcie „Rzeczpospolita Jagiellońska” w publicystyce Łobodowskiego oznacza przede wszystkim sojusz duchowy. Świadczą o tym jego słowa z jednego z artykułów („Wołyń” 1937 nr 26): „Nie potrzeba udowadniać, że z samego tytułu gospodarowania na ziemiach, które obok Polaków zamieszkane są i przez Ukraińców, Rzeczpospolita ma historyczny obowiązek i prawo czynnego angażowania się w owe wschodnioeuropejskie zagadnienia i konflikty. Tak w nowej postaci odżywa stara idea jagiellońska, której nie należy zresztą utożsamiać z ideą federacyjną”. Jednak publicysta wiedział doskonale, że idea nawet ograniczona do wymiaru duchowego nie zostanie zrealizowana ze względu na wzajemną nieufność, kompleksy, a nawet wrogość między tymi narodami. W „Biuletynie Polsko-Ukraińskim” [1938, nr 6 (245)] pisał: „Jak rozwiązać zagadnienia polsko-ukraińskie? Z czynnym wyznaniem idei prometejskiej łączy się bowiem sprawa powstania niepodległej Ukrainy, co z kolei ze względu na skład narodowy Kresów zazębia się o naszą politykę narodowościową”.

Położenie geopolityczne i kulturalne Polski i Ukrainy Łobodowski nazywał „pomostem”. Ów pomost bałtycko-czarnomorski stanowił serce Europy i mógłby odegrać ważną rolę w historii Starego Kontynentu. By tak się stało, konieczne było uznanie Ukraińców za naród i wspólne działanie z narodem polskim oraz innymi narodami Europy. Pierwszy krok do zrealizowania tego celu zrobili Józef Piłsudski i Szymon Petlura, lecz niestety było to nieudane przedsięwzięcie. Łobodowski na łamach prasy często powracał do tego wydarzenia i idei federacyjnej Międzymorza.
Stosunkom polsko-ukraińskim oraz swojej wizji ich przyszłości Łobodowski poświęcił kilka artykułów. W tekście „W obliczu rozstrzygnięć” [„Biuletyn Polsko-Ukraiński” 1938, nr 37 (276)] postulował „zorganizowanie i zdynamizowanie wielonarodowego pomostu między Pontem i Bałtykiem w celu zahamowania żywiołowego parcia i ze Wschodu, i z Zachodu”. Publicysta podkreślał, że w polityce nie ma przyjaciół ani wrogów. Jego zdaniem siła Polski i źródło jej potęgi jest na Wschodzie, czyli na Ukrainie. Ukraińcy zaś muszą zrozumieć, iż odrzucenie własnych uprzedzeń powinno się stać najbardziej palącą kwestią w stosunkach polsko-ukraińskich. Los wschodniej Ukrainy powinien być dla nich przestrogą. Wszak Polska nigdy nie przyczyniła się na Kresach do tak wielkiej ruiny i nie wyrządziła tylu zbrodni, co Rosja sowiecka. Ukraińcy na Kresach nie mieli żadnego Pawła Tyczyny czy Maksyma Rylskiego, którzy propagowaliby administrację i historię polską, jak to miało miejsce na wschodniej Ukrainie w odniesieniu do Rosji sowieckiej. Pisarz w tym momencie ironizował, bo w istocie chodziło tu o przekształcenie świadomości narodowej Ukraińców, którzy pod płaszczykiem komunistycznego zaangażowania, znajdowali miejsce w systemie rosyjskiego imperializmu.

Tymczasem na polskich Kresach Ukraińcy, walcząc o narodową suwerenność, nadal czuli się Ukraińcami. Łobodowski mówił, że jeżeli ma zostać zawarty sojusz między obydwoma narodami, naród ukraiński musi wrócić do postawy mentalnej z lat 1919-1920. Żadna lachofobia, choćby oparta na najdłuższym rejestrze win i błędów, nie zmieni faktu, że właśnie Polska należy do naturalnych sprzymierzeńców Ukrainy w obliczu rosyjskiego zagrożenia. Widzimy, że Łobodowski pracował nad obudzeniem świadomości nie tylko polskiej, ale i ukraińskiej. Rozumiał on bowiem, że do rozstrzygnięcia konfliktu polsko-ukraińskiego powinny dążyć obie strony i obie powinny sobie ów problem uświadomić. Ostrzegał zarówno Polaków, jak i Ukraińców przed zaniechaniem działań zmierzających do porozumienia. Zauważał, że w polsko-ukraińskich relacjach pojawił się nowy problem, gdyż „fanatyczna hitlerofobia zmusza do sowietofilstwa”, które „gilotynuje wszelkie wysiłki”. Prorosyjska orientacja zaczęła dominować wśród ludzi prawicy (nie wspominając o lewicy). Dlatego zwracał uwagę, że nie można rosyjskiego imperializmu porównywać z imperializmem niemieckim. Przesiąknięcie prorosyjską sympatią nie pozwala prowadzić polityki zmierzającej do porozumienia polsko-ukraińskiego. Łobodowski zaprzeczał poglądom demokratów, którzy deklarowali dążenie do pozytywnego rozwiązania sprawy, i we wspomnianym artykule pytał: „Jaką mają receptę na wyzwolenie Ukrainy?”. Swoją receptę zaprezentował już wcześniej − polegała na autonomii terytorialnej dla Ukraińców. Publicysta udowadniał, że istnienie i rozwój Europy Środkowej oraz Południowo-Wschodniej jest niemożliwe bez niepodległej Ukrainy, a także upadku rosyjskiego imperium.

W artykule „Historia in statu nascendi” [„Biuletyn Polsko-Ukraiński” 1938, nr 38 (277)] przedstawił geopolityczne idee z udziałem Polski i Ukrainy. Myśli publicysty koncentrowały się wokół niebezpieczeństwa grożącego Polsce ze strony Rosji sowieckiej: „Jedynym – pisał Łobodowski – skutecznym remedium na dywersję sowiecką na Kresach jest całkowita normalizacja stosunków polsko-ukraińskich”. Za obszar starcia między Polską a imperializmem rosyjskim uznawał właśnie Kresy i ostrzegał, że Polskę czeka konflikt na Wschodzie.

Trudno nie doceniać roli publicystyki Józefa Łobodowskiego, zwłaszcza dzisiaj. Był on jednym z pierwszych Polaków, którzy odrzucili stereotypy i uprzedzenia, by stać się rzecznikami europejskiej wspólnoty. Polski publicysta Bogusław Bakuła w artykule „Publicystyka Józefa Łobodowskiego” zalicza go do grupy tych emigracyjnych publicystów i polityków, którzy z uporem, i mimo wielu przeszkód, budowali swoisty „»front ekumeniczny« w punktach stycznych emigracji krajów Europy Środkowej i Wschodniej”. Polski poeta Wacław Iwaniuk, który przed wojną należał do kręgu awangardy lubelskiej i bardzo przyjaźnił się z Łobodowskim, wspominając go, podkreślał, że „był to rasowy publicysta z dużą znajomością historii i literatury bieżącej”. Opinie Wacława Iwaniuka oraz innych współczesnych Łobodowskiemu, potwierdzają jego wysoką świadomość i rozumienie roli kultury.

Doceniała go również emigracja ukraińska. Łobodowski był częstym uczestnikiem różnych spotkań i konferencji dotyczących kultury ukraińskiej oraz kwestii wzajemnego zbliżenia i porozumienia. W 1977 roku na Uniwersytecie w Hamilton w Kanadzie wysiłkiem kół emigracyjnych zorganizowano sympozjum polsko-ukraińskie. Józef Łobodowski, zaproszony przez emigrację ukraińską, przedstawił referat o polsko-ukraińskich związkach literackich. Następnie otrzymał zaproszenie do Toronto na wieczór autorski. Podobne spotkania w tym samym roku zorganizował również Ukraiński Instytut Literacki w Nowym Jorku, gdzie Łobodowski wystąpił z odczytem na temat współpracy polsko-ukraińskiej. O jego popularności wśród Ukraińców pisał Wacław Iwaniuk w książce „Ostatni romantyk”: „(…) wszystkie miejsca były zajęte, przejścia i korytarze wypełniali stojący słuchacze. Łobodowski swym tubalnym głosem mówił i czytał wiersze doskonale, a robił to z wrodzonym talentem aktorskim”.

Publicystykę Józefa Łobodowskiego, podejmującą temat stosunków polsko-ukraińskich, można podsumować słowami autora: „Oba narody popełniły śmiertelny grzech przeciw św. Duchowi Historii, a to trochę gorzej niż przelana krew, nadużycia i krzywdy, gorzej niż wszelkie rzeczy, bunty, pacyfikacje i odwety”. Poeta doszedł do wniosku, że jedyną skuteczną formą prowadzenia dialogu międzynarodowego i międzykulturowego jest literatura. Jedynie ona może wznieść się ponad ludzką niedoskonałość i subiektywizm. Potwierdzeniem tego przekonania jest to, iż z perspektywy lat widać jasno, że na odcinku polsko-ukraińskim jedynie poezja szukała uporczywie Hadziacza i Konotopu, Krzemieńca i Kisielina, politycy zawsze zawracali na krwawe drogi, prowadzące ku Humaniowi i Żółtym Wodom. Na większą chwałę i potęgę Moskwy białokamiennnej.

W przedmowie do tomu „Złota Hramota” w 1954 roku Łobodowski napisał o przepaści między narodami Polski i Ukrainy: „Dopóki choćby poeci spotykają się ze sobą na kartach książek, przepaść ta nie jest, mimo wszystko, ostateczna”.